wtorek, 15 września 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 6 - Mauretania




Pustynna Mauretania wcale nie była taka nudna. Więcej w filmiku na youtube.

piątek, 28 sierpnia 2015

Niby spoko, czyli jak mnie oszukali w Maroko - część 3


Amin spał, więc postanowiłem, że sam zbadam miasto. Napisałem w międzyczasie smsa do Ahmeta, że łażę po medynie i wszystko u mnie ok. Ostatecznie nawet nie odpisał. Po paru godzinach na mieście, zjedzeniu zupy hariry po raz kolejny, sałatki marokańskiej i przełażeniu kilkunastu km po tych starych chodnikach, poznaniu kilku backpackerów z Singapuru i Australii i byciu zagabywanym przez setnego już chyba sprzedawcę... stwierdziłem, że dobrze by było wreszcie Amina gdzieś shaczyć i spędzić wieczór w jego domu, odpocząć i pogadać. Jego komórka niestety nie odpowiadała. Odezwał się w końcu może kilka godzin później, gdzie już nieco zacząłem się męczyć nowym statusem bezdomnego. Siedziałem właśnie na krawężniku bez celu i zaczęła się smsowa, lakoniczna dyskusja.

W końcu dodzwoniłem się do Amina, ale moja bateria ledwo zipiała. Chyba przez godzinę próbowałem ustalić gdzie on jest, aż wreszcie za jego sugestią wziąłem taryfę pod jego dom. Była już 20ta, ale Amin, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, wcale na mnie w domu nie czekał. Postałem pół godziny, po czym znowu udało mi się do niego dodzwonić po wielokrotnych próbach. Był już daleko, w kawiarni Dolcevia czy jakoś tak. Słodkie, kurwa życie... pomyślałem sobie przechodząc przez dzielnicę Amina, która na pewno do najbezpieczniejszych nie należała. Finalnie po poszukiwaniach knajpy (bo taksówkarz nie potrafił znaleźć kawiarenki) dotarłem do Amina, który siedział z ładną Arabką, maksymalnie 19-letnią. Posiedziliśmy z godzinkę, oni przy kawie, ja przy mocnej berber whisky i Amin zaproponował żebyśmy poszli wolnym spacerkiem do domu. Jako okazjonalny gentleman, nie mogłem odmówić! Ayesha (bo tak jej było na imię) zapłaciła za siebie i Amina, a ja tylko za siebie i wyszliśmy w ciepłą noc. Po półgodzinnym spacerze kupiliśmy po drodze coś do jedzenia z z budki na kółkach. Amin powiedział, że skoro jesteśmy dosłownie 5 minut od kafejki Ahmeta, to wpadnijmy tam na chwilkę. Zgodziłem się, ale zastrzegłem, że ja tej drogiej shishy nie będę palić.

Gdyby nie nowi znajomi poznani w Fezie, jednoznacznie znielubiłbym miasto.


W kafejce Ahmeta wyszło na jaw jak bardzo miał na mnie wylane. Nie pamiętał ani dobrze mojego imienia, ani nawet kraju, z którego pochodzę. Przedstawił mnie innym zebranym turystom jako Szweda... Wśród nowozebranych na kanapie znalazła się polska para. Ahmet zabawiał swoich gości z dobry kwadrans, a potem wrócił do swojego kawiarnianego nic-nie-robienia. Zacząłem zagadywać Martę, gdy zrozumiałem, że sprytny Ahmet zaprasza wszystkich couchsurferów na swoje "cultural meetings", a potem kasuje prowizję za drogą shishę. Marta była na szczęście kumata i szybko zrozumiała, że musi być ostrożna. Kelner przyniósł kolejną shishę i postawił obok mnie, choć jej nie zamawiałem. Gdy to mu oznajmiłem, powiedział, że jak już siedzę to mogę palić, bo on mnie źle zrozumiał. Powiedziałem, że herbata mi wystarczy, a shisha obok naszego stolika zdążyła potem wystygnąć. W głębi, nieco dalej stały już i tak trzy inne fajki wodne.

Z rodakami poczułęm się pewniej, bo chłopak Marty był z postury bardziej wikingiem, niż szczupłym hipsterem. Gdy przyszło do płacenia, sprawdziły się moje obawy i moi nowi znajomi słono zapłacili za shishę. Marta się skrzywiła, a jej chłopak zbił znacznie rachunek, mimo to jawnie przepłacając. Tymczasem ja zostawiłem należność za swoją herbatę. Kelner ubrany w białą koszulę i z brylantyną (?) na włosach skrzywił się i chwycił kalkulator i zaczął mi rzucać "shisha" pod nosem śmiejąc się paskudnie. Z pozoru myślałem, że żartuje i też się uśmiechnąłem i skierowałem do drzwi. Polacy w międzyczasie wyszli już na dwór. Tymczasem Arab krzyknął za mną coś w stylu:

- Łeeeeej!

Mieszkanie Amina było norą.
Stanąłem jak wryty. Kelner wydzierał się, że mam mu za shishę zapłacić, a we mnie dopiero się wtedy zagotowało. Zapytałem czy dobrze zrozumiałem, a elegancko ubrany chłopak powiedział, że mam zapłacić za shishę, której nie paliłem. On mnie źle zrozumiał i myślał, że jedną sobie wypalę do herbaty. Spojrzałem pytająco na Ahmeta, a ten oznajmił, że skoro nie umiem zamawiać, to muszę zapłacić i nie ma odwrotu. Potem zaczął mnie straszyć policją. Tego było za wiele. Zacząłem się wydzierać na nich wszystkich, a w szczególności na kelnera. Obudziłem nawet szefa knajpy śpiącego słodko na kanapie przy ladzie baru. Tak mocno się zdenerwowałem, że gdy kelner zablokował mi wyjście do drzwi wyjściowych chwyciłem ze stołu kij do bilarda i zacząłem przeć na chciwych Arabów. Pomimo, że było ich kilku ich przewaga liczebna nie dała im wygranej, bo nie chcieli zadrzeć z wkurzonym Polakiem z furią husarii w oczach i kijem od bilarda w dłoni (czyli ze mną). Kelner rzucił tylko sfrustrowany, że jestem psychiczny zza lady (bo już się tam schował w głębi baru). Wyszedłem z klubu i tyle mnie widzieli. Amin czekał na mnie przy taksówce i przepraszał za całą sytuację. Zapewniał, że wszyscy jego znajomi to dobrzy, prości ludzie i on za nich ręczy.


W Fezie trzeba uważać.


Spałem ponownie u Amina. Stwierdziłem, że nie ma sensu uciekać z tej meliny, bo zakładałem, że goście z Cafe Shisha nie odważą się mi zrobić krzywdy. Na wszelki wypadek uruchomiłem swój system bezpieczeństwa, plecak miałem spakowany do ucieczki, a pod poduszką trzymałem nóż. Nocka zatem nie opiewała w głęboki, spokojny sen. Nad ranem gdy szanse jakiegokolwiek "ataku" były już zerowe, spakowałem się po cichu i na paluszkach opuściłem pokój. Wszyscy trzej Arabowie jeszcze spali, ale przebudził się i Norweg i Fin, gdy byłem już w przedpokoju. Zapytali się czy na nich poczekam, bo też opuszczali mieszkanie Amina. Po paru godzinach, gdy siedziałem w odjeżdżającym autobusie do Meknes odczułem najpierw koniec gniewu, a potem ulgę.



niedziela, 23 sierpnia 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 5 - Sahara





Odcinek piąty z serii o moich przygodach w drodze z Bydgoszczy do Gambii w Afryce. Autostop, blablacar, taxi, bus, samolot, pieszo, autokar... W tym odcinku musiałem przedostać się przez spaloną słońcem Saharę. Pokonałem ją w... wygodnym autobusie. Zobaczcie jak wygląda miasto ulokowane w miejscu, gdzie Sahara spotyka się z Oceanem Atlantyckim.

Muzyka:
Morrocan traditional music
Dubai Dream
BoxCat Games - Mission



środa, 19 sierpnia 2015

Niby spoko, czyli jak mnie oszukali w Maroko - część 2


Ahmet namówił mnie bym zamówił taksówkę i zostawił bagaże u jego znajomego Amina. Tam bowiem, a nie u niego będę zatem spać. Nie miałem nic przeciwko zmianom, tylko szkoda, że dowiedziałem się na ostatnią chwilę. Amin, który miał mnie gościć zamiast Ahmeta (bo ten miał już innych gości w domu) pojawił się w międzyczasie w knajpce. Miły chłopaczek, przypominający bardziej Włocha niż Araba. Choć jak niemal co drugi Marokaniec chodził w podrabianej skórze. Pojechaliśmy zatem taksówką za którą zapłaciłem do jego mieszkania. Kierowca nie zdążył wyłączyć silnika, a Amin już kazał mu wracać z powrotem do knajpy Ahmeta. Jaki był sens jechać do mieszkania i rzucić bagaże i po pół minucie się ulotnić? Zrozumiałem, gdy zapłaciłem za kurs powrotny do knajpy Ahmeta, a taryfiarz okazał się znajomym ich wszystkich. No przecież on też musiał na turystach zarobić.

Gdy wrociłem, okazało się, że pojawiło się kilku nowych gości: Francuz z dziewczyną. Szybko wyszło na jaw, że tak naprawdę są z Ukrainy (on) i z Rosji (ona). Pogadaliśmy nieco, stolik się ożywił, a ja zapomniałem o zmęczeniu, gdyż dyskusja okazała się ciekawa.

Gdy na zegarze było już lekko po północy, przyszło nam do zebrania się. Polubiłem tę parkę z Francji, więc wziąłem od nich marokański numer telefonu. Wszyscy podeszliśmy do elegancko ubranego kelnera. Gdy z portfelem w ręku zapytałem go ile trzeba zapłacić on zaczął liczyć na kalkulatorze, podrapał się po głowie, a potem pokazał mi wyświetlacz, który mówił:
230.

  • 230 dirhamów? - oburzyłem się.
  • Tak, panie 230. - odpowiedział spokojnie kelner.
Oburzyłem się jeszcze bardziej, ale Ukrainiec zaczął mnie odciągać i zapewniać, że shisha w Maroko jest droga, bo nielegalna i przez to płaci się sporo. Dodał, że on już tu bywał przez ostatnie wieczory i zawsze płacił co najmniej tyle albo i dwa razy więcej. Zasępiłem się i uregulowałem rachunek dodając przy tym w stronę kelnera, że nawet w Stambule tyle bym nie zapłacił. Po przepłaceniu za shishę moja sympatia do Ahmeta nieco zmalała, ale może mój nowy znajomy zza Buga miał rację i faktycznie palenie fajki wodnej w Maroko to droga rozrywka.

Tyle z wieczoru. Wsiedliśmy do taksówek i pojechaliśmy.

Dzień 2

Mieszkanie Amina było obskurne i mówię to jako osoba, która różne meliny w życiu widziała. Właściwie to bardziej obskurny nie był nawet najgroszy hotelowy pokój w jakim byłem w Agrze w Indiach. Na podłodze walały się śmieci i resztki jedzenia. Większość część zabierały niezdarnie ułożone materace ze starymi kocami. Pokój miał może cztery na cztery metry, ale spało tu jakieś 5 osób. Nie narzekałem na warunki, bo zawsze bierze się co los da. Wyglądało na to, że Amin i jego koledzy po prostu żyją w takich warunkach. Dopiero teraz gdy do pokoju wpadło nieco światła z korytarza (okna bowiem nie było), wszystko to wyszło na jaw.

Czytaj co działo się dalej...

środa, 12 sierpnia 2015

Niby spoko, czyli jak mnie oszukali w Maroko - część 1

Choć odwiedziłem kilkadziesiąt krajów na kilku kontynentach, to właściwie niezmiernie rzadko daję się nabrać na jakieś turystyczne pułapki. Właściwie jako cwaniak z miasta Bydgoszcz nie przypominam sobie, by miało to miejsce nawet w Indiach. Miałem jednak pecha w Maroko. Opisuję sytuację raz jeszcze, choć znajomi słyszeli tę historię co najmniej kilka razy. Ja sam wszystkich szczegółów już do końca nie pamiętam, ale było mniej więcej tak:

Dzień 1

Siedziałem w autokarze jadącym z Chefchaouenu. Co do Fezu oczekiwań większych nie miałem i jedynie gdzieś ta nazwa obiła się wcześniej parę razy o uszy. Ot, jedno z marokańskich, pełne zabytków miasto, na mojej drodze ku Saharze. Nocleg miałem nagrany przez couchsurfing przez co czułem się od razu raźniej, gdy wysiadłem na zatłoczonym dworcu autobusowym. Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to wzmożona liczba patrolujących policjantów, co przywodziło na myśl Warszawę Centralną. Zadzwoniłem do Ahmeta – swojego hosta. Bardzo słabo rozumiałem go przez słuchawkę, więc dla pewności napisałem sms-a czy mnie dobrze zrozumiał. Ahmet nie odpisał, więc wydzwoniłem go jeszcze raz i ponownie oznajmiłem, że jestem już w Fezie zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w mailach. Mój host powiedział, że jest teraz jeszcze w pracy, ale mogę wpaść tam i na niego zaczekać.

Ahmet - mistrz ceremonii


Niewiele myśląc zjadłem tani (ale smaczny) obiadek na dworcu i zanim pikantna zupa harira zdążyła mi zlecieć do żołądka byłem już w czerwonym fiacie uno, który robił za taksówkę. Auto miało czasy świetności za sobą i taryfiarz zresztą też, ale oboje robili co mogli bym trafił do kafejki Ahmeta. W końcu po brawurowym pokonaniu labiryntu uliczek i paru minutach wiszenia na moim telefonie, dotarłem do celu. Taksówkarz był spoko, bo dużo nie narzekał, tylko zabrał umówioną wcześniej kwotę.

Kafejka mieściła się w tzw. Nowym Fezie i miała pozaklejane frontowe szyby wielkimi reklamami w niebieskim odcieniu. Na środku widniał wielki napis Cafe Shisha i dalej jakieś ich bazgrołki po arabsku. Wszedłem do środka. Wewnątrz było tyle dymu, że widoczność była niezmiernie słaba. Wlazłem z tym wielkim plecakiem i zauważyłem na środku stół bilardowy, obok schody, mnóstwo kanap a nich garstka facetów ze wzrokiem w kartach. Kiedy wszedłem nawet nie za specjalnie się zdziwili widokiem turysty. Być może Ahmet wielkrotnie umawiał się tu ze swoimi gośćmi z zagranicy i klientela shishowni zdążyła się już z tym oswoić.

Kelner powiedział mi, że Ahmeta nie ma i będzie za jakiś czas. Trochę się wkurzyłem, bo przecież mówił, że nie może wyjść z pracy i muszę do niego podjechać. Usiadłem na jednej z wygodnych kanap i rzuciłem bagaże obok. Wyciągnąłem komórkę i zacząłem skrobać sms-a do mojego nieobecnego hosta. Nie odpisał. Siedziałem tak z dobre parę minut, więc zamówiłem w końcu herbatę miętową, czyli słynne berber whisky. Wtedy chłopak, który wcześniej powiedział, że Ahmeta nie ma podszedł do stolika i krzyknął:

- To ja jestem Ahmet! Nie musisz już czekać.
- Poważnie? - zdziwiłem się.

Niebieska brama w Fezie jaka jest każdy widzi.

Tak ucieszyłem się, że nie muszę już czekać, iż nie miałem nawet żalu do Ahmeta za głupi żart. Podczas, gdy inni śmiali się za jego plecami, on wypytywał mnie jak minęła podróż. Opowiedziałem po krótce, a on gdy omawiałem moment z taksówką zapytał się ile zapłaciłem. Gdy zdradziłem mu stawkę za przejazd, pochwalił mnie, że dobry negocjator ze mnie i płacę jak lokals, a nie turysta.

Dalej upłynęło kilka godzin w towarzystwie jego oraz kumpla Amina, który pracował jako malarz. Obydwaj sporo wiedzieli na temat Europy i o Polsce również. Rozmowa się kleiła i atmosfera stała się bardzo przyjemna przy wspólnie wypalanej sziszy. Siedziałem tak w błogostanie pośród gęstej chmury dymu na wygodnej kanapie już kilka godzin. W międzyczasie jedynie wyszedłem na chwilkę coś zjeść. Ahmet odezwał się, gdy na zegarku była już może dziesiąta, a na zewnątrz panowała ciemna jak smoła noc:

- Może chcesz odwieść swoje bagaże?
- Ale czemu? Myślałem, że niedługo kończysz...
- No właśnie będę musiał trochę posiedzieć. Tak mówi mój szef...

No dobrze. Jako gość powinienem być przecież wyrozumiały. Powiedziałem Ahmetowi, że idę coś znowu zjeść i wrócę po dłuższym spacerze. Z braku tlenu zaczęło mi się już lekko kręcić w głowie. Poszedłem zatem najpierw do miejsca, gdzie najpierw brałem omlecik. Ot, łatwo trafić, bo w prawo, w lewo, a potem parę minut prosto główną ulicą.

środa, 5 sierpnia 2015

Misja Tułacz 2 #08 - Hostel Aline


Pytałem ludzi raz na jakiś czas gdzie ten hostelik Aline, a oni dalej mi pokazywali, że w górę i w górę. W końcu dotarłem do czegoś na kształt jakby stadionu, a w rzeczywistości był to cudownie położony spory park. Tu już było pełno rodzin i uśmiechów. Nie wiedziałem gdzie jestem, ale wiedziałem, że dotarłem „gdzieś”. Hostelu jednak jak nie było, tak nie było. Zakiwałem na taksówkę i pan taryfiarz bez zbędnych cergieli powiedział, że mnie zabierze. Ceny nie pamiętam, ale musiała być niska bo zgodziłem się praktycznie od razu. Pan z wąsem zawiózł mnie pod wskazany adres wyrzucając po drodze jedną babulkę w chuście na głowie. Gdy wysiadłem pod hostelem on pojechał dalej. Nie wiem czy się zapomniał, czy też chciał mi zabrać bagaż. Pewne jest, że jakaś parka zatrzymała go za rogiem jak tylko uslyszeli jak drę japę na całą ulicę. Z uczuciem ulgi wyciągnąłem duży plecak z bagażnika jego mercedesa i udałem się po niebieskich schódkach do hostelu, gdzie wśród kłębów marichuanowego dymu na recepcji przywitał mnie uśmiechnięty Amin.

Taras u góry służący jako jadalnia.


Szybko zaklimatyzowałem się w hosteliku, który świecił pustkami, bo był przecież styczeń. Dlatego też każdy z podróżnych był w osobnej sypialni i tak ja zlądowałem w takiej z sześcioma łóżkami. Byłem już głodny, bo skubałem tylko ostatki kabanosów z Polski i przyszła pora na jaką kolacyjkę. Poszedłem zatem szukać marokańskiego żarełka. Nawet największy ksenofob, który nie będzie doceniać piękna arabskich kobiet, melodii ichniejszych pieśni, wygody tutejszych kurortów i kunsztu rękodzieła powie, że kuchnia marokańska jest nie tylko ok, ale i smaczna. W Polsce nawet skinheadzi jedzą u Turka czy Araba. Tak i ja znalazłem małą knajpę, gdzie zjadłem zupę – chyba z soczewicy (?) oraz tadżina. Z resztą ponownie tego dnia.
Chefchaouen był miasteczkiem cudownym i niepowtarzalnym. Cudowne było to, że można się było czuć bezpiecznie, mimo ciągłego nagabywania aby kupić haszysz, właściwie na każdym rogu. Niepowtarzalna było zaś to, że w okolicach medyny wszystkie niemal ściany pomalowane były na niebiesko przez co praktycznie zacierał się horyzont i budynki zlewały się z niebem.
***
Wiele tam takich uliczek. Tutaj, drzwi wejściowe do mojego hosteliku.


Wieczorem namierzyłem fajną herbaciarnię, gdzie siedzieli sami faceci. Nieco osłupili się widząc obcego, czyli mnie w ich lokalnej knajpce. Jednak po chwili zdumienia wrócili do śledzenia swojej futbolowej gry. Różnica tego lokalu w stosunku do europejskiego była taka, że na żadnym stoliku nie widniało piwo. Co więcej brakowało też jakiejkolwiek kobiety, co na dłuższą chwilę wydawało się nienaturalne. Siedzący obok mnie mężczyzna o inteligentnym spojrzeniu zaczął ze mną gadać, a ja pochwaliłem jego angielski. Facet był kumaty i poprosiłem go, by wyjaśnił mi nieco o historii Maroka, jako że nie poczytałem za wiele i nie odrobiłem, jak to się mówi, zadania domowego. On jak się okazało, był nauczycielem języka angielskiego, ale nie tylko to potrafił dobrze. Sporo wiedział o świecie, jak na gościa, które całe życie spędził w dwóch miejscach: Meknes i Chefchaouenie. Zapytał się mnie standardowo jak zarabiam na podróże, po co jeżdzę, czy nie boję się tak samotnie...
  • Dokąd jedziesz po Maroku?
  • Do Layounne i potem przez Saharę w dół do Mauretanii.
  • Do Mauretanii?! Musisz uważać... oni cię tam zabiją.
  • A czemu?
  • Tam ludzie źli i nie lubią białych.
    Zaśmiałem się i powiedziałem, że złego diabli nie biorą.

wtorek, 4 sierpnia 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 4 - Rabat i Marakesz





Odcinek czwarty z serii o moich przygodach w drodze z Bydgoszczy do Gambii w Afryce. Autostop, blablacar, taxi, bus, samolot, pieszo, autokar... W tym odcinku zabawiłem w Rabacie i w Marakeszu, gdzie poznałem innych podróżników.

Muzyka:
BoxCat Games - Passing Time
Ebsa - Hustla Legit


piątek, 31 lipca 2015

Misja Tułacz 2 #07 - Niebieskie Miasto


W końcu posadzili mnie na nieoszlifowanej desce na tyłach pojazdu. Dobre i to. Trzymałem plecak w zacisniętej dłoni, wraz z pomiętolonym, papierowym biletem i szybko opanował mnie straszliwy zaduch jaki królował w środku chyba już od dłuższego czasu. Było całkiem ciekawie, jako że blisko mnie siedziało kilkanaście grubych bab w chustach i zimowych kożuchach(!). Oblałem się potem po raz kolejny tego dnia i ta nieświeżość ubrań tak mnie zdołowała, że w mig poczułem się zmęczony. A może po prostu byłem zmęczony już wceśniej, a podróżnicza adrenalina zatarła tego ślady? Marzyłem o pralce z płynem do zmiękczania tkanin, ale pozostało mi siedzenie na niewygodnej desce i czekanie na zbawienie. Autokar przyjemnie piszczał przez co szybko zapadłem w dziwną drzemkę. Zapytałem się w międzyczasie mężczyzn obok, kiedy będziemy w Szefszawanie. Za godzinę, dwie, może trzy?... Kto tam panie wie? Z ich min wynikało, że im się nigdzie nie śpieszy. Kierowcy chyba też nie...
Gdy wreszcie dotarłem do celu swojej podróży okazało się, że miasteczko na pewno nie tętni życiem. Ledwo pasażerowie wypełzli na betonowy parking, a już na dworcu zrobiło się pusto i cicho.
  • Szefszawan? - zapytałem pierwszego lepszego dziadka.
  • Szefszawan. - odpowiedział wcale nie zdziwiony moim pytaniem staruszek.

    Całkiem cudnie, prawda?

Wczorajszej nocy korzystając z darmowego wifi na lotnisku w Marsylii zabukowałem sobie tani hostelik w centralnej jak mówili lokalizacji. Niestety żaden taryfiarz nie wiedział, gdzie hostel Aline się znajduje i chyba tak naprawdę nikt do końca nie wiedział co to tak naprawdę jest. Koniec końca zlądowałem w pustej herbaciarni blisko dworca, gdzie zamówiłem słynne berber whisky, czyli mocną miętówę. Wifi latało jako tako i szybko wynalazłem numer telefonu do mojego hostelu. Nie miałem jeszcze lokalnej karty sim, więc poprosiłem kelnera żeby zadzwonił i powiedział, że jestem tu i tu. Arab bez zastanowienia zadzwonił i powiedział, że jestem tu i tu. Trochę pogadał sobie z gościem po drugiej stronie z miną szefa i pokazał, że wszystko wie odkładając słuchawkę. Po chwili wziął małą, żółtą kartkę i zaczął rysować mapę i polecił mi wziąć taksówkę. Ja na to, że mam zdrowe nogi, wysikam się i pójdę sam. On na to, że nogi to będą boleć, bo hostel daleko. Ja na to znowu, że mam zdrowe nogi i poszedłem zapłaciwszy za miętową herbatkę.

Jeden z placów, który w nocy służy za boisko dla dzieciaków.

środa, 22 lipca 2015

Misja Tułacz 2 #06 - jedno oko na Maroko

czytaj poprzedni wpis

Gdy wylądowałem w Maroku nie przeżyłem, aż tak wielkiego szoku jak wtedy, kiedy zlądowałem w Indiach w Bombaju. Wręcz przeciwnie, tangierskie lotnisko wydawało się czyste, zorganizowane... europejskie. Kiedy opuszczałem port dwukrotnie sprawdzono mi paszport i oficjalnie po przekroczeniu rozsuwanych drzwi naznaczonych klimatyzatorem znalazłem się na kontynencie afrykańskim. Plac przed gmachem lotniska był spory i było to piękne uczucie tak od razu wyjść na słońce, zobaczyć powiewające czerwone flagi z pentagramem i poczuć w powietrzu rześki oddech oceanu. Ludzie szybko upychali się do taksówek i aut znajomych, zanim ja zdążyłem się zastanowić co dalej zrobię. W końcu od siedzenia na wielkim, betonowym kwietniku dostałem odcisków, więc to był jawny znak, że trzeba zacząć się rozglądać za przejazdem do centrum. Okazało się bowiem, że lotnisko w Tangerze, a Tanger to dwie różne lokalizacje.

Lotnisko w Marsylii takie muzułmańskie...
Kiedy taryfiarze podali mi zabójczą cenę za przejazd bazując kalkulacje na mojej bladej, europejskiej twarzy odpuściłem sobie pośpiech. Cierpliwość popłaciła i już za chwilę przystanęło przy mnie dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie przylecieli z Barcelony. Z krókiej rozmowy wyszło, że odbiera ich kuzyn i chętnie zabiorą mnie do miasta. Za chwil kilka, który uprzyjemnili mi marokońską muzyczką z głośnika telefonu, pojawił się ich wspomniany kuzyn. Wpakowałem się do auta i wziąłem plecak na kolana, bo w bagażniku zalegały... bębny. Tanger nie był znowu tak daleko i szybko znaleźliśmy się u celu. Chłopacy nie mówili za bardzo po angielsku, ale na migi dogadaliśmy się, że ja chcę na dworzec autobusowy. Podwieźli mnie pod samą bramę i pomogli z bagażem, a ja zaproponowałem, że zrzucę się chociaż odrobinę na paliwo do ich zdezelowanego fiata uno. Odmówili mówiąc, że są Berberami, a ich lud za pomoc pieniędzy nie bierze.
Lotnisko w Tangerze takie europejskie...

Kiedy przejeżdżaliśmy przez słoneczne miasto to odczułem, że Tanger nie jest zbyt egzotyczny w stosunku do Starego Kontynentu. Wyczytałem w necie, tuż przed swoją podróżą, że trzeba go w Maroku zwiedzać albo na początku wyprawy albo w ogóle, ponieważ po obejrzeniu wszystkich innych miejsc okaże się on po prostu nieciekawy i zbyt przypominający Europę. Jako, że byłem głodny po locie, a szkoda mi było eurówek na posiłek w Ryanairze, wyruszyłem od razu na poszukiwanie lokalnej knajpy. Założyłem, że okolice dworca autobusowego będą obfitować w rozmaite jadłodalnie, ale faktycznie nie było ich tak dużo. Znalazłem jedną, gdzie wywieszony cennik zaprosił mnie wręcz do środka. Zamówiłem tadżina z frytkami, butelką wody i herbatą i zapłaciłem za to jakieś 100 dirhamów, czyli 10 zł. Zostawilem im napiwek, jako że ambitnie starali się przedstawić mi menu łamaną angielszczyzną. Knajpka cała w zdjęciach z całego świata na pograniczu kiczu i dobrego smaku. Za to żarcie petarda! Wysikałem się z uczuciem ulgi, opłukałem twarz wodą i wybyłem z knajpki. Pokonałem ruchliwą jezdnię po jakiś 5 minutach czajenia się na okazję i wszedłem na jeszcze ruchliwszy tren dworca. Dosyć szybko znalazłem połączenie do Szefszwanu czy tam Chefchaouenu (a może Szifszanu). Właściwie nie tyle ja znalazłem połączenie, co jakiś facet znalazł mnie. Wziął dirhamy pobiegł sprintem do kasy, wcisnął się na sam przód kolejki wyzywając ludzi i wręczył mi wymiętolony bilet. Sam wziął frycowe w postaci 5 dirhamów i pomachał mi ręką. Wsiadłem do autokaru i szybko zrozumiałem, że miejsc nie ma.


niedziela, 19 lipca 2015

Moje najbardziej ulubione kraje - 5 miejsc!

Natchnęło mnie, żeby zrobić sobie małą listę podsumowującą moje dotychczasowe wojaże. Jako, że jestem hedonistą wybrałem sobie ciepłe kraje. Pod uwagę brałem urodę kobiet, atrakcyjność narodowych potraw, obecny klimat oraz wysokość cen. Punkty za kulturę to tak naprawdę suma przyjazności ludzi, bezpieczeństwa oraz co najważniejsze... na jak długo taki kraj może nas przyciągnąć? Czy można go odkrywać latami? Oto wyniki rankingu:

Miejsce 5 - Serbia

Kobiety: 10/10
Kuchnia: 7/10
Pogoda: 5/10
Ceny: 6/10
Kultura:  6/10
Razem: 34

Na stadionie Czerwonej Zvezdy.
Nie jest to na pewno najbardziej popularny kierunek jeśli chodzi o europejską turystykę, ale tamtejsze atrakcje mogą zaskoczyć niejednego. Kuchnia to w zasadzie legendarne burgery i mieszanka słowiańskiego hardkoru z tureckimi wpływami. Ceny są przystępne bo z tego co pamiętam paczka fajek kosztowała 4 zł, a butelka dobrej a'la whisky 20 zł. Na ulicy Belgradu można spotkać często istne modelki. Uważam, że Serbki to jedne z najpiękniejszych kobiet na naszej planecie.

Miejsce 4 - Filipiny

Kobiety: 10/10
Kuchnia: 4/10
Pogoda: 10/10
Ceny: 7/10
Kultura:  5/10
Razem: 36

W przysłowiowym buszu.

 
To chyba niemal synonim przysłowiowego raju. Palmy, rajskie plaże, tanie wynajęcia domków i skuterów, skoki z klifów i inne bajery. Na Filipinach spędziłem miesiąc i naprawdę dobrze się bawiłem. Do dzisiaj na mojej twarzy pojawia się uśmiech, gdy sobie przypomnę niektóre przygody. Dlaczego nie umieściłem tego państewka wyżej? Zdecydowanym minusem jest lokalna kuchnia, która do super wyśmienitych nie należy. Miejscowe kobiety są jednak fantastyczne: ciepłe, pogodne i... kobiece.

Miejsce 3 - Japonia

Kobiety: 10/10
Kuchnia: 9/10
Pogoda: 5/10
Ceny: 4/10
Kultura:  10/10
Razem: 38

Z nią nie ma żartów...

Kraj Kwitnącej Wiśni to obowiązkowa destynacja przy planowaniu "wycieczki dookoła świata". Niepowtarzalna, ciężka do zgłębienia kultura, piękno przyrody i potężna gospodarka oraz zagadkowe kobiety. Japonia ma to do siebie, że jest jedyna w swoim rodzaju. Nie ma drugiego takiego państwa, które byłoby do niego podobne. Chyba, że ewentualnie weźmiemy pod uwagę Koreę Południową, ale to wciąż nie to samo. W Osace spędziłem około tygodnia i czuję ogromny niedosyt. Na pewno w Japonii się jeszcze kiedyś pojawię. Chociażby po to by wypić piwko Sapporo.

Miejsce 2 - Gambia

Kobiety: 9/10
Kuchnia: 8/10
Pogoda: 10/10
Ceny: 8/10
Kultura:  7/10
Razem: 42

Kto się ceni, ten się leni...



Gambia w jednym słowie to relaks. Zupełne przeciwieństwo wspomnianej Japonii. Do dnia dzisiejszego ten kraj kojarzy mi się z dudniącym afrobeatem lub kołyszącym reggae. Gambia to doskonały wstęp do Czarnej Afryki. Mało wymagający kraj od odwiedzającego, a dający dużo w zamian. Krokodyle, tanie piwko, baseny, uśmiechnięci goście próbujący ci wcisnąć haszysz i wszędobylskie taksówki i dziewczyny z wielkimi krągłościami i z pudłami na głowie. To właśnie smiling coast!

Miejsce 1 - Turcja

Kobiety: 8/10
Kuchnia: 10/10
Pogoda: 10/10
Ceny: 6/10
Kultura:  10/10
Razem: 44

W Stambule mieszkało się cudnie.


Parę lat temu w ramach wolontariatu mieszkałem w Stambule i chyba pobyt w tym kilkunastomilionowm niepowtarzalnym mieście sporo we mnie zmienił. Napisałem nawet książkę na podstawie swoich wspomnień. Choć nie tęsknię za Turcją już tak bardzo jak kiedyś, to muszę przyznać, że właśnie z nią mam związane ogrom cudownych wspomnień. Ten kraj to przede wszystkim ludzie i kuchnia. Turcy to naród o dumnych, ale ciepłych sercach. Tamtejsi kucharze/kucharki to chyba anioły zesłane nam na ziemię na osłodę tego cierpkiego życia. Wobec tego aspekty polityczn-religijne schodzą na dalszy plan. Turcja ma wszystko: śnieg, słońce, góry, równiny, zabytki, hotele, dobre drogi, biedę, luksus, prymitywność i nowoczesność zarazem...

środa, 1 lipca 2015

Misja Tułacz 2 #05 - koniec zimy


Ten mały, mediolański hostel przypadł mi do gustu nie tylko dzięki relatywnie niskiej cenie. Mało było ludzi, ale klimacik backpackerski był. Po tym wyczekiwaniu na szwajcarskich drogach, moje piętrowe łóżko, ciepła herbata i gorący prysznic wprawiły mnie w błogi nastrój. Azjatycko wyglądająca recepcjonistka okazała się Filipinką. Mieliśmy mnóstwo tematów do rozmowy i nawet zgodziła się ze mną, że filipińskie jedzenie nie jest za specjalnie dobre. Przegadaliśmy tak z pół godziny. Już miałem uderzać z jakąś grubszą propozycją, ale okazało się, że jej zmiana się kończy za 15 minut. Ja na wyskakiwanie gdzie indziej nie miałem już naprawdę siły, więc jedynie wziąłem od niej maila i tyle. W nocy w hostelowym pokoju zapanował straszny zapach i przez chwilę myślałem, że to moje przepocone ciuchy. Jak się jednak okazało, jeden z dzielących „mój” pokój był bezdomnym. Podzieliłem się z nim bułkami przy śniadaniu.

W Genowie zapomniałem, że w Europie panuje zima.



Do Genowy zawiózł mnie niejaki Giovanni, którego namierzyłem przez ogłoszenie na blablacar. Umówiłem sie z nim w amerykanskim stylu, to jest na rogu ulicy Carlo Goldoni i Ciro Menotti. Pojawił sie punktualnie i miał nieco niewłoskie rysy twarzy. Szybko wyszło na jam, że jego ojciec jest Wietnamczykiem. Giovanni przypominał w zasadzie bardziej mieszkańców filipińskich wysp niż jakiegoś italiano. Za 2 miesiące miał lecieć do Polski na wymianę, więc miał mnóstwo pytań. Podróż upłynęła błyskawicznie.

Hostel z Genowy był jednym słowem fantastyczny, a samo miasto ze względu na pogodę i miłą dla oka zabudowę wprawiło mnie w wyśmienity nastrój. Nie ma nic lepszego niż piwo w wiosennej aurze na schodach jakiejś klasycznej budowli. Hostelik miał wielkie dormitoria na 16 łóżek i były one tak przestronne, że każdy miał sporo własnej przestrzeni. Wyrzuciłem swoje wszystkie klamoty z plecaka na ziemię i zrobiłem małą reorganizację. W moim pokoju stacjonował jedynie niejaki Sergio – Włoch słabo mówiący po angielsku. Jakoś na migi umówiliśmy się, że może wyskoczymy na piwo.

W okolicach portu spotkałem kilku znudzonych facetów siedzących przy kawie w niedrogiej knajpce. Za kasą stała biuściasta blondynka, jak się później okazało Ukrainka. Na jej białej bluzce widniała etykietka z napisem: ~ Sonia ~. Faceci przed knajpą okazali się Turkami. Zaprosili mnie na kawę. Pogadaliśmy nieco w ich języku i pokazali mi na mapię co warto w okolicy zobaczyć. Genowa urzekła mnie swym spokojem, bo nie sądziłem nawet, że na północy Włoch są też takie leniwsze miejsca. Zawsze Norda Italia kojarzyła mi się głównie z Alpami i drogim Mediolanem oraz z szybkim stylem zycia, a na pewno szybszym niż ten w Neapolu.

To również dobre miejsce na nocleg.
Pobujaliśmy się z Sergio po mieście, ale jego głównie interesowały kościoły, jako że studiował sztukę. Połaziliśmy trochę, ale w kolejne dwa dni łaziłem już sam. W hostelu w międzyczasie pojawiła się Francuzka, Meksykanka, banda Angoli i dziewczyna z Nowej Zelandii. Już mi się zaczęło podobać, ale zabukowałem bilet autobusowy do Marsylii, więc jedyne co mi zostało to mała impreza.

W Marsylii praktycznie od razu próbowąłem się dostać na lotnisko. Na zewnątrz było już ciemno, więc wbiłej się na dworzec kolejowy. Odstałem swoje w kolejce i już zaczął mi ciążyć plecak mimo że pół dnia spędziłem na siedząco w autokarze. Okazało się, że pociąg na lotnisko jakiś jest, ale trzeba się przesiadać po kilka razy, a w dodatku jest droższy od autobusu, który jeździ co 20 minut sprzed dworca.

Na lotnisku chodziła leniwa para ochroniarzy. Zmieniłem bowiem terminal na inny, gdzie w ogóle nie było ludzi. Najpierw mnie to ucieszyło, bo przecież jest to większa wygoda, ale jak się dłużej zastanowiłem to jednak zacząłem się martwić. Samemu w całym ogromnym budynku być też nie dobrze... Ochrona zapytała mnie na jaki lot czekam (patrząc na mój dmuchany materac). Ku mojemu zdziwieniu z optymizmem przyjęli moją opcję kimania blisko automatu z coca-colą.

Nazajutrz jakoś wcześnie rano obudziłem się i pobiegłem szybko do kibla zostawiając całe swoje legowisko. Wziąłem ze sobą tylko pieniądze i dokumenty. Okazało się, że nawet nikt nie zdążył przejść. Wróciłem spać, ale około 7 nad ranem hałas na lotnisku stał się nie do zniesienia. Spakowałem więc materac, śpiwór i cały plecak i poszedłem umyć się toalecie. Przebrałem koszulkę, umyłem ząbki i udałem się na zewnątrz, aby zmienić budynek terminalu. Lot bowiem obsługiwał Ryanair.

a

niedziela, 28 czerwca 2015

Misja Tułacz 2 #04 - Italiano Mediolano

Wsiadłem w miejski autobus. Biletu kierowca sprzedać nie mógł na mocy tego samego głupiego prawa co u nas. Przejechałem, więc trasę na gapę, aż do pierwszej stacji metra mediolańskiego o nazwie: Rho Fiera. Koniec końca okazało się, że ta stacja była gdzieś daleko od samego miasteczka Rho, czyli ta cholerna stacja benzynowa była jednak daleko, oj daleko od czegokolwiek.

Katedra po nocy robi wrażenie. Dookoła gołębie i ludzie ze selfie-stickami.


Pojechałem do centrum do Mediolanu, a że byłem tam kiedyś parę lat temu, to nie czułem się zupełnie obco. Była chyba godzina 18:00, bo wagony były wypełnione o brzegi. Przejazd zamiast okazać się reklaksująco-kojącym zakończeniem dnia był w rzeczywistości sprawdzianem mojej tężyzny fizycznej. Spojrzałem przez czarną szybę w nicość pomiędzy tłum ludzi. Ciężko było uwierzyć, że byłem dzisiaj w Liechtensteinie, w domu Evelynn, potem na zimnych szwajcarskich autostradach pośród Alp, w aucie tego Niemca, na pamiętnej stacji benzynowej i teraz tu w zatłoczonym, ciepłym wagonie mediolańskiego metra. Mózg nie do końca poprawnie chyba te wszystkie sygnały przerabiał.

Właściwie celu swojej dzisiejszej podróży nie miałem, bo wiedziałem jedynie, że chcę przekimać w mieście, a nie na tej stacji, jak już się udało z niej wyrwać. Wysiadłem zatem przy stacji metra Duomo, bo pamiętałem, że tam była ta słynna katedra, czyli pewnie i centrum miasta i mnóstwo hosteli. Wysiadłem, strzeliłem sobie selfie z Duomo i wbiłem do Maca szukać darmowego wifi. Internet był tak mizerny, że nie dało rady nic wyszukać. Chciałem coś zjeść z McMenu, ale w kolejce stało kilkadziesiąt osób z czego jedna trzecia to byli Afrykanie, jedna trzecia Włosi, a jedna trzecia Azjaci. Odpuściłem sobie wobec tego bigmaca i skupiłem się na znalezieniu hostelu. Jako, że te szwajcarskie autostrady i ziąb tak mnie wymęczyły, to stwierdziłem, że zamiast biegać po mieście i szukać noclegu, kumpel mi to załatwi. Zadzwoniłem do niego: Hej, jestem w Mediolanie. Znajdź mi tani hostel blisko Duomo. Rafał nawet nie pytał dwa razy o co chodzi i wcale go nie zdziwiło, że dzwonię właśnie z Włoch.

Hostel Lumiere - polecaaaaam!


W końcu dotarłem do tej dzielnicy Mediolanu, gdzie znajdował się mój supertani hostel. Oczywiście po drodze się gdzieś zgubiłem, pomimo, że miałem dokładny adres. W zasadzie Włosi też nie wiedzieli, gdzie to jest. Jednak finalnie zlądowałem w małym, położonym w kamienicy hosteliku. Wystrój był zajebisty, jako, że wiele z mebli było w starym, włoskim stylu. Łazienka wyglądała jak z jakiegoś romantycznego filmu. Aż prosiła się o zdjęcia na instagrama. Azjatycko-ładna recepcjonistka nie miała jak wydać reszty, ale jako, że wybierałem się coś zjeść to wzięła mój paszport w zastaw. Była już chyba 21:00, ale po tym całym szalonym dniu wyszedłem szukać taniego, azjatyckiego najlepiej żarcia. Niestety z relacji przechodniów okazało się, że poniżej 10 euro to ja żadnego fastfooda nie kupię. Biada mi! Mogłem wybrać „sprawdzonego” macdonaldsa i odstać swoje w kolejce. Klnąc pod nosem udałem się na poszukiwania carrefoura mini i skompletowałem sobie włoską kolację.

środa, 17 czerwca 2015

Misja Tułacz 2 #03 - dalej w stronę Włoch

Turlałem się powoli przez tę Szwajcarię, bo każdy kierowca zabierał mnie może o 5-20 km dalej. W ten sposób w ciągu dwóch godzin „zaliczyłem” może z 5-6 życzliwych kierowców. Jednych z moich dobrodziejów była dziewczyna pracująca tam zaledwie od 3 miesięcy. Słowaczka piszczała podeskcytowana na myśl o mojej podróży. Gdyby nie fakt, ze przejechalem zaledwie 50 km od Liechtensteinu przyjalbym jej zaproszenie na narty. Ona, jak sama wspomniała, zasiedziała się z chłopakiem Szwajcarem i porzuciła styl życia pełen spontaniczności i podróżowania. Teraz przypomniałem jej o tym wszystkim.



Po Słowaczce bardzo długo stałem w jednym miejscu, aż zrobiło się naprawdę zimno. Kurewsko zimno. 

Nie było wielkiego mrozu, ale moje ciało desperacko domagało się ciepła. Rozum podpowiadał, że to co akurat teraz robię jest głupie, a i ciało buntowało się jak mogło. Co jakiś czas przechodziły mnie silne dreszcze i skakałem tak w kółko w obawie o swoje skostniałe palce stóp. Uratował mnie na szczęście kierowca granatowego Seata Leon.


Niemiec był małomówny i musiałem go ciągnąć za język zanim powiedział czym się zajmuje. Na szczęście nie lata w Luftwaffe, a pracuje dla firmy produkującej kotły ciepłownicze. Hans nie wydawał się jakoś super usatysfakcjonowany ze swojej pracy. Aczkolwiek powiedział, że lepsza taka praca niż żadna. Mówił tylko, że nuda tak samemu jeździć. Zatrzymaliśmy się na (dosłownie) mały obiad na stacji benzynowej w częśći Szwajcarii, gdzie większość ludzi gadała już po włosku. Dla niewtajemniczonych dodam, że w tym bogatym kraju mówi się, aż w czterech językach: niemieckim, francuskim, włoskim i romansz. Finalnie kierowca podrzucił mnie w okolice Mediolanu, uścisnął mi mocno dłoń na pożegnanie. No! Takich Niemców to ja rozumiem.



Włoska pogoda sprawiła, ze od razu poczułem sie raźniej. Po szwajcarskim zimnie nie pozostało dużo śladu i czułem się jakbym zmienił strefę klimatyczną. Szybko okazało się jendak, że wcale nie jest tak fajnie, jakby się wydawać mogło. Przyjechała policja i zakazała mi łapać stopa na autostradzie. Mogłem tylko pytać ludzi przejeżdżających przez stację. Ilość użytych przekleństw w tamtej godzinie sprawiła, ze wyczerpalem chyba caly limit brzydkich słów do końca wiosny. Okazało się, że przez 1,5 h nikt nie chciał mnie zabrać. Nawet gdy proponowałem im pieniądze by podwieźli mnie do Mediolanu wszyscy odmawiali.




Byłem już prawie pogodzony z myślą, że będę koczować albo w krzakach przy płocie albo w toalecie na stacji (nawet sobie wybrałem w której), ale pojawiła się nowa opcja. Jakiś staruszek widząc moje trudy ze złapaniem kierowcy pyta się czy szukam hotelu. Jako, że gadaliśmy przez płot, to przeszedłem na drugą stronę. Znalazłem się na dziwnym, zrujnowanym osiedlu i szczerze mówiąc takiej biedy to we Włoszech jeszcze nie widziałem. Dziwny dziadek wypakował swoje (?) zakupy z bagażnika jednego auta i kazał iść za sobą. Minęliśmy jakąś nietypową kawiarnię pełną staruszków i odeszliśmy już od „mojej” stacji benzynowej na dobre, bo jakieś pół kilometra. Aż w końcu znaleźliśmy się przy drugim aucie. Nie wiem czy też należało do niego, ale wsiedliśmy i podjechaliśmy pod jakiś hotel. Podziękowałem dziadkowi, bo uratował mi dupę. W hotelu co prawda było za drogo, ale wskazali mi autobus do Mediolanu. Okazało się bowiem, że jestem w niejakim Rho i jest to miasteczko położone niekoniecznie blisko miasta mody.

niedziela, 14 czerwca 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 1 - Przez zimną Europę

Zgodnie z zapowiedziami wrzucam pierwszy filmik z serii o mojej podróży z Bydgoszczy do Gambii, w Afryce. Przedstawia on moją tułaczkę przez Liechtenstein, Włochy i Francję. Swoją drogą nigdy nie sądziłem, że montaż może być tak pracochłonny. Kolejne odcinki już wkrótce, to jest wtedy kiedy je pomontuję. Łukasz mi pomaga, ale przed nami jeszcze sporo pracy.



Jak ktoś jeszcze nie widział zwiastunu serii, to klikać tutaj.

niedziela, 31 maja 2015

Misja Tułacz 2 - z Bydgoszczy do Gambii trailer!

Mam dla Was nielada gratkę. Oto link do trailera serii o mojej
podróży z Bydgoszczy do Gambii, w Afryce. Odcinki już wkrótce na
youtubie.



Kickass for you. There is a link to the trailer of
serie showing my travel from Bydgoszcz, Poland to Gambia, Africa.
Episodes soon on youtube.


piątek, 29 maja 2015

Misja Tułacz 2 #02 - w stronę Włoch zmierzam


Zdomu Evelynn wyruszyłem wcześnie rano w kierunku autostrady. Łóżko przyciągało mnie z siłą kowala, ale musiałem się ruszyć, bo do Afryki parę tysięcy kilometrów. Drzwi zostawiłem otwarte, bo pożegnałem się z moją hostką poprzedniego wieczoru. Wyszedłem w ciemną, jeszcze noc, choć miał być cudny, lichtensztajski poranek.

Poszedłem jak mi się zdawało w dobrym kierunku, tj. na autostradę do Szwajcarii, ale po jakiś 20 minutach stwierdziłem, że dosłownie nie tędy droga. Poranni kierowcy śpieszący się do pracy niechętnie na mnie reagowali.



Stałem przy jednej z głównych dróg z Shan do Vaduz, jeśli nie jedynej. Nie było znowu, aż tak zimno, bo nie szalał syberyjski mróz, ale ciepło to na pewno nie było. Ubrałem się na cebulkę i miałem na sobie najlepsze (czytaj najcieplejsze ciuchy). Bielizna termoaktywna się sprawdzała, ale musiałem wciąż się ruszać, by jako tako ta krew w żyłach krążyła.

Chłód powoli mnie wykańczał, więc otworzyłem plecak i zacząłem wcinać kabanosy (jeszcze z Bydgoszczy). Zawsze warto coś zjeść, bo jakiekolwiek kalorie grzeją choć trochę. Stałem tak sobie na parkingu przy stacji benzynowej i sklepie spożywczym. Zachciało się ciepłej herbaty w plastikowym kubku, ale na stacji nie było.

Widoki, jak to w Alpach, cudne. Szwajcarskie autostrady są jednymi z najpiękniejszych na świecie.


Podjechała spora ciężarówka z dostawą jakiś warzyw. Facet w sile wieku wyskoczył z kabiny i poszedł otwierać burty. Zapytałem czy mnie podwiezie do Vaduz. Nie zgodził się. Lekki wkurw. Krzyknął nawet, żebym stanął dalej od jego ciężarówki. Debil. Czekam i czekam przy tej drodze machając kciukiem do nadjeżdżających mi aut. Wytrwale, bo już 40 minut w tym samym miejscu. O! Dostawa pieczywa. Znowu próbuję. Kolejna odmowa. Kierowca nie rozumie idei autostopowania. Kiedy mówię mu, że jadę do Afryki patrzy na mnie jak na debila.


W końcu pojawiła się życzliwa para, która akurat jechała do pracy. Wzięli mnie do środka przepraszając, że mogą mnie podwieść jedynie kilkanaście kilometrów. Dobre i to. Trafiłem w miejsce obok przystanku autobusowego, gdzie kilka dni wcześniej życzliwy, bogaty Hindus kupił mi bilet i dzięki niemu nie musiałem spacerować do Vaduz. Teraz też miałem trochę szczęścia, bo kolejni kierowcy podwozili mnie, co prawda jedynie o kilka kilometrów, ale zawsze do przodu.

Trafiłem w końcu w miejsce, gdzie Liechtenstein już się kończył. W międzyczasie zrobiło się jasno, bo chyba było mocno po ósmej. Cieplej się za to nie zrobiło i twarz miałem zapewne czerwoną jak bezdomny. Nie miałem się gdzie schować, bo wszystkie sklepy jeszcze pozmykane. Droga zapełniona samochodami, ale zabrać nikt nie chciał. Nawet już mi się odechciało przeklinać i tylko liczyłem, że trafię na jakieś ogrzewane auto bezpośrednio do Włoch. Nie zapowiadało się jednak.

Wsiadłem do autobusu, a jako, że byłem jedyny na tym przystanku to kupiłem bilet, bo wsiadało się przy kierowcy. Bilet kosztował 3,5 franka i był chyba najdroższy przejazd miejską linią ever w stosunku do długości trasy. Przejechałem dosłownie kilka minut i bum, koniec trasy. Byłem już w Buchs. Mogłem wsiąść jakieś pół godziny wcześniej na dworcu w Vaduz, ale nieznajomość mapy się mści zawsze.

Na autostradzie nie zatrzymał się nikt przez chyba dobre 45 minut. Chyba muszę poważnie pomyśleć nad zakupem jakiś jaśniejszych ciuchów, bo granatowo-czarny strój chyba nie budzi zaufania. W końcu trafiłem na gościa, a raczej on na mnie, który jechał tą samą trasą, którą zamierzałem pokonać. Młody facet był obywatelem Liechtensteinu, ale na stałe mieszkał w Berlinie. Pojechał raz motorem ze Szwajcarii do Senegalu. Cała trasa super, ale niefortunnie w Dakarze miał wypadek i rozwalił i nogę i motor. Pogadaliśmy sobie nieco o Afryce i niestety, ale on musiał mnie wysadzić, bo jechał w inną stronę.

video


czwartek, 21 maja 2015

Jestem turystą

Ostatni spór w komentarzach pod moim postem o syndromiepostparadise, czyli bolesnym powrocie z fantastycznej Afryki toszarej Europy popchnął mnie w stronę rozmyślań na temat kto jest podróżnikiem, a kto turystą. Jedna z moich wieloletnich koleżanek uparła się, że jestem turystą. I pewnie miała rację.

Hahaha! Sama prawda.


Najpierw, by zastanowić się kim jest turysta czy podróżnik należałoby te dwa pojęcia chociaż ogólnie zdefiniować. Najprościej byłoby napisać, że turysta uprawia turystykę, a podróżnik podróżuje. Po za tym turysta będzie w hawajskiej koszuli i z olejkiem do opalania, a podróżnik w koszuli ala Indiana Jones i z kompasem... Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana.
Podążając za wikipedią:

Turystyka rozróżnia pojęcia turysty i odwiedzającego. Głównym czynnikiem odróżniającym jedno od drugiego jest czas pobytu w pewnym miejscu. Zanim jednak poznamy ten podział, ogólnie rzecz biorąc:
  • odwiedzający - to każda osoba, która podróżuje z miejsca znajdującego się poza jej codziennym otoczeniem na czas nie dłuższy niż 12 miesięcy (inaczej będzie traktowana jako miejscowy), jeśli podstawowym celem podróży nie jest podjęcie działalności zarobkowej w odwiedzanym miejscu.
Odwiedzający według powyższej definicji, dzielą się na turystów oraz na odwiedzających (jednodniowych). Różnica polega tu na tym, że turysta korzysta w odwiedzanym miejscu z noclegu, natomiast odwiedzający nie używa tego typu obiektów zakwaterowania.
Warto dodać, że turysta uprawia turystykę, a ona oznacza całość zjawisk społecznych, ekonomicznych i przestrzennych związanych z przemieszczaniem się poza miejsce stałego zamieszkania, przemieszczanie to powinno spełniać pewne warunki: trwać ponad 24 godziny, być dobrowolne oraz mieć charakter niezarobkowy".

Z przymrużeniem oka.


Zatem tak. Na pewno spełniam te trzy warunki, bo w Afryce niezarabiałem, nikt mnie tam nie pchał i przebywałem tam dłużej jakdobę. Ot, wypisz wymaluj turysta. 

Teraz przyjrzyjmy się kim jest podróżnik.Wikipedia jest tu niezbyt klarowna bo zakłada jedynie, że „podróżnik to osoba odbywająca podróż”. Trochę to mało informacji, ale idąc tym szlakiem przyjrzyjmy się czym jest podróż.

Definicja podróży nieco zmieniała się na przestrzeni lat. Na początku miała swój wyraźny cel i czasami przeradzała się w wyprawę (gdy brano zapasy jedzenie, służbę czy namioty). Co ciekawe okazało się, że według definicji każda wyprawa to podróż, ale nie każda podróż to wyprawa. Przykładowo jeśli przygotowujemy się do 3-dniowego wypadu na grilla 50 km od naszego domu to jest to już wyprawa, bo jest to podróż, która ma cel i do której się przygotowujemy.

W XX wieku podróżny stał się bardziej pasażerem. Tak naprawdę komunikacja tak posunęła się do przodu, że każdy może ten glob dookoła sobie objechać, oblecieć i nie jest to żaden wyczyn. Właściwie to co raz bardziej dociera do mnie, że w możliwościach finansowych i organizacyjnych KAŻDEGO leży odwiedzenie co najmniej jednego kontynentu poza Europą.



W potocznym ujęciu backpackerzy, czyli podróżujący z niskim budżetem gardzą pospolitymi turystami. O ile ci pierwsi chcą poznać realnie kraj, to ci drudzy zostają wewnątrz hoteli, restauracji „dla białasów” i kręca się w okolicach stoisk z pamiątkami. Backpackerzy są oczywiście „prawowici” i tylko oni znają receptę na słuszne odwiedzenie obcej ziemi. Mówiąc już bardziej serio, to osobiście również rozgraniczałem taki podział. Turyści to dla mnie osoby funkcjonujące tylko i wyłącznie wewnątrz turystycznej infrastruktury (np. w tureckim hotelu na all-inclusive). Podróżnik-backpacker to osoba, która stara się poza tę strefę wyjść i żyć przez chwilę tak jak lokalni. Tak mi się przynajmniej wydaje. No dobrze, ale czy jeśli ktoś poleci do Tunezji, a piątego dnia pobytu wyjdzie z hotelu poznać miasto i zgubi się w gąszczu uliczek i wstąpi na herbatę do kogoś do domu to jest już podróżnikiem? A może podróżnik, który przenocuje w hotelu i spotka na korytarzu amerykańską rodzinę staje się turystą?

Cytując za stroną http://thoughtcatalog.com/ jest nieco hipokryzyjne twierdzić, że jako backpacker „ucieka się od turystów samemu będąc turystą”. To jakaś gorzka prawda, w którą nie chcemy uwierzyć. Fakt, że (my backpackerzy) podróżujemy z 15-kilogramowym plecakiem wcale nie czyni nas lepszym ludźmi i nie jest gwarancją tego, że lepiej poznamy jakiś kraj niż „pospolity turysta”.
Jak wiadomo świat nie jest czarny i biały i prawie zawsze po drodze wyskakują jakieś odcienie. Ciężko przecież wybrać jedną trafną definicję czy to słowa turysta czy to podróżnik. Po za tym dla kogoś wycieczka all-inclusive do Egiptu będzie podróżą życia, a dla kogoś innego będzie to zupełnie czymś innym. Dopiero ostatnio to zrozumiałem... Po za tym czy kłócenie się o pojęcia ma jakikolwiek sens? Nomenklatura jest tu drugorzędna. Liczy się pasja przemieszczania się i odkrywania tego cudownego świata.