środa, 22 lipca 2015

Misja Tułacz 2 #06 - jedno oko na Maroko

czytaj poprzedni wpis

Gdy wylądowałem w Maroku nie przeżyłem, aż tak wielkiego szoku jak wtedy, kiedy zlądowałem w Indiach w Bombaju. Wręcz przeciwnie, tangierskie lotnisko wydawało się czyste, zorganizowane... europejskie. Kiedy opuszczałem port dwukrotnie sprawdzono mi paszport i oficjalnie po przekroczeniu rozsuwanych drzwi naznaczonych klimatyzatorem znalazłem się na kontynencie afrykańskim. Plac przed gmachem lotniska był spory i było to piękne uczucie tak od razu wyjść na słońce, zobaczyć powiewające czerwone flagi z pentagramem i poczuć w powietrzu rześki oddech oceanu. Ludzie szybko upychali się do taksówek i aut znajomych, zanim ja zdążyłem się zastanowić co dalej zrobię. W końcu od siedzenia na wielkim, betonowym kwietniku dostałem odcisków, więc to był jawny znak, że trzeba zacząć się rozglądać za przejazdem do centrum. Okazało się bowiem, że lotnisko w Tangerze, a Tanger to dwie różne lokalizacje.

Lotnisko w Marsylii takie muzułmańskie...
Kiedy taryfiarze podali mi zabójczą cenę za przejazd bazując kalkulacje na mojej bladej, europejskiej twarzy odpuściłem sobie pośpiech. Cierpliwość popłaciła i już za chwilę przystanęło przy mnie dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie przylecieli z Barcelony. Z krókiej rozmowy wyszło, że odbiera ich kuzyn i chętnie zabiorą mnie do miasta. Za chwil kilka, który uprzyjemnili mi marokońską muzyczką z głośnika telefonu, pojawił się ich wspomniany kuzyn. Wpakowałem się do auta i wziąłem plecak na kolana, bo w bagażniku zalegały... bębny. Tanger nie był znowu tak daleko i szybko znaleźliśmy się u celu. Chłopacy nie mówili za bardzo po angielsku, ale na migi dogadaliśmy się, że ja chcę na dworzec autobusowy. Podwieźli mnie pod samą bramę i pomogli z bagażem, a ja zaproponowałem, że zrzucę się chociaż odrobinę na paliwo do ich zdezelowanego fiata uno. Odmówili mówiąc, że są Berberami, a ich lud za pomoc pieniędzy nie bierze.
Lotnisko w Tangerze takie europejskie...

Kiedy przejeżdżaliśmy przez słoneczne miasto to odczułem, że Tanger nie jest zbyt egzotyczny w stosunku do Starego Kontynentu. Wyczytałem w necie, tuż przed swoją podróżą, że trzeba go w Maroku zwiedzać albo na początku wyprawy albo w ogóle, ponieważ po obejrzeniu wszystkich innych miejsc okaże się on po prostu nieciekawy i zbyt przypominający Europę. Jako, że byłem głodny po locie, a szkoda mi było eurówek na posiłek w Ryanairze, wyruszyłem od razu na poszukiwanie lokalnej knajpy. Założyłem, że okolice dworca autobusowego będą obfitować w rozmaite jadłodalnie, ale faktycznie nie było ich tak dużo. Znalazłem jedną, gdzie wywieszony cennik zaprosił mnie wręcz do środka. Zamówiłem tadżina z frytkami, butelką wody i herbatą i zapłaciłem za to jakieś 100 dirhamów, czyli 10 zł. Zostawilem im napiwek, jako że ambitnie starali się przedstawić mi menu łamaną angielszczyzną. Knajpka cała w zdjęciach z całego świata na pograniczu kiczu i dobrego smaku. Za to żarcie petarda! Wysikałem się z uczuciem ulgi, opłukałem twarz wodą i wybyłem z knajpki. Pokonałem ruchliwą jezdnię po jakiś 5 minutach czajenia się na okazję i wszedłem na jeszcze ruchliwszy tren dworca. Dosyć szybko znalazłem połączenie do Szefszwanu czy tam Chefchaouenu (a może Szifszanu). Właściwie nie tyle ja znalazłem połączenie, co jakiś facet znalazł mnie. Wziął dirhamy pobiegł sprintem do kasy, wcisnął się na sam przód kolejki wyzywając ludzi i wręczył mi wymiętolony bilet. Sam wziął frycowe w postaci 5 dirhamów i pomachał mi ręką. Wsiadłem do autokaru i szybko zrozumiałem, że miejsc nie ma.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza