niedziela, 11 maja 2014

Przygody Tomka: część 2



Zgodnie z obietnicą dalsza część przygód Tomka w Ameryce!

nikaragujski posiłek za dwa dolary
7.04.2014
San Carlos - El Castillo - San Carlos

El Castillo to niewielka miejscowość położona o dwie godziny drogi łodzią motorową od San Carlos. Spośród okolicznych wiosek wyróżnia się ruinami wieży, służącej niegdyś mieszkańcom do obrony przed rzecznymi piratami. Tych z czasem zastąpili przemytnicy, wykorzystujący wody pomiędzy Kostaryką i Nikaraguą do spławiania broni i narkotyków, ale nasilone wojskowe patrole ograniczyły ten proceder w ostatnich latach.

Środkowoamerykańskie rzeki biegną głównie przez dżungle, dlatego podczas podróży do El Castillo mieliśmy okazję podziwiać bogactwo lokalnej przyrody. Łódź, którą płynęliśmy zatrzymywała się wielokrotnie pośrodku niczego, by tubylcy mogli wysiąść możliwie blisko swoich domów, poukrywanych często w zupełnej dziczy. Te z nich, które byliśmy w stanie zaobserwować z wody, zaskakiwały swoją prostotą. Zbite z kilku desek, bez wody czy elektryczności, służące domownikom tylko jako ochrona przed deszczem lub słońcem.

W samym El Castillo zabawiliśmy zaledwie dwie godziny, bo oprócz wspomnianej wieży, nie ma tam nic do oglądania. Koło portu spotkaliśmy natomiast Nelly, której troska o spuchnięte nogi Dawida znowu sprawiła, iż zaczął bać się, że czeka go amputacja. Razem z Francuzką wróciliśmy do San Carlos, gdzie jak się okazało, poza restauracjami nigdzie nie można dostać piwa. Kolejna kropla do dawidowej czary goryczy.






8.04.2014
San Carlos - Altagracia

Przewodniki turystyczne po Nikaragui, w dodatku całkiem aktualne, radzą, by przed podróżą do Altagracii zaopatrzyć się w hamak, inaczej dziewięciogodzinną podróż promem na wyspę Ometepe, na której zlokalizowana jest miejscowość, trzeba będzie spędzić siedząc na zimnym i twardym pokładzie. Podejrzewam, że autorom poradnika nie chciało się sprawdzać, jak jest obecnie i skopiowali po prostu informacje z jakiegoś starszego wydania, bo nas na promie powitały obite skórą ławeczki, na których można się było wygodnie położyć.

kanał panamski
Być może opis, jaki znaleźliśmy w przewodniku, pochodził z czasów, gdy jeszcze nie było podziału na pierwszą i drugą klasę. Jako turyści, chcąc nie chcąc, trafiliśmy na wygodny górny pokład, podczas gdy na dole gnieździły się tłumy miejscowych. W przeszłości zdarzały się ponoć kradzieże i napaści na białych, władze Nikaragui postanowiły więc, że oddzielą przybyszy od tubylców, tym pierwszym uniemożliwiając zakup tańszych biletów, a tych drugich upychając na dolnym pokładzie, za mniejsze pieniądze, ale w zdecydowanie gorszych warunkach. Współczesny podział klasowy pełną gębą.

Na promie po raz kolejny spotkaliśmy francuską lekarkę, z którą jak zwykle porozmawialiśmy trochę o dolegliwościach Dawida. Po przybyciu na wyspę nasze drogi się jednak ostatecznie rozeszły, Nelly dołączyła do swoich przyjaciół, z którymi zamierzała kontynuować podróż, my zaś udaliśmy się do hotelu, który na kilka następnych dni stać się ma naszą bazą do wypadów po okolicy.
na jednym metrze kwadratowym cztery panie przygotowują enchilladę

9.04.2014
Altagracia - Ojos de Agua - Playa del San Domingo - Altagracia

Pan Mario Ortiz, właściciel hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, doradził nam wizytę nad jeziorem Ojos de Agua, naturalnym basenem o krystalicznie czystej wodzie. Wstęp nad kąpielisko kosztował niestety 3 USD, co jest ceną strasznie zawyżoną jak na lokalne warunki, dlatego z akwenu korzystają tu głównie zagraniczni turyści, których stać jest na takie zabawy.

Znad basenu udaliśmy się na Playa del San Domingo, podobno najładniejszą plażę na wyspie. Rzeczywiście, mogliśmy poczuć się tam, jak na Karaibach. Nie dość, że wzdłuż brzegu ciągnął się pas bielutkiego piasku, to od wiatru na jeziorze potworzyły się iście morskie fale. Co ciekawe, oprócz nas na całej plaży nie było zupełnie nikogo. Być może ma to coś wspólnego z tym, że w gorącej wodzie żyją tam ponoć żarłacze tępogłowe, jedyny słodkowodny gatunek rekina. Nam w każdym razie udało się wykąpać bez konfrontacji z żadną przerośniętą rybą.

10.04.2014
Altagracia - Volcan Concepcion - Altagracia

Przeholowałem, kurna, przeholowałem. Żyję, jak widać, ale tak źle jeszcze nie było. Byłem już pocięty, potłuczony, zmęczony do granic możliwości i ogólnie cierpiący na tysiąc sposobów, ale władzy w nogach to jeszcze nie straciłem. Spokojnie, już chodzę, ale w chwili, gdy ugięły się pode mną kolana i przez kilka kolejnych godzin, gdy pełzłem po zboczu wulkanu, było mi nie do śmiechu.

Jak kogoś interesują szczegóły zdarzenia, to wrzucam, ostrzegam tylko, że będzie długie. W ramach wprowadzenia podzielę się tylko wpierw ciekawostką z mojego życia: jak na takie chuchro mam zaskakująco wysoki próg odporności na ból. Nie oznacza to, że wcale niczego nie czuję, oj nie. Potrafię jednak zacisnąć zęby i przeć do przodu, bez względu na to, jak bardzo chce mi się wyć. Przydatna sztuczka, zwłaszcza przy moim trybie życia.

A teraz do rzeczy. Na wyspie Ometepe jest wulkan Concepcion, na którego podejście jest tak niebezpieczne, że zabrania się turystom wspinaczki bez opieki doświadczonego przewodnika. Faktycznie, dwudziestokilometrowy spacer już po płaskim terenie mógłby dać w kość komuś kto większość życia spędził siedząc przed komputerem, a jak dorzucimy do tego naprawdę strome ściany, osypujące się kamienie o ostrych krawędziach i upał nie do zniesienia, wycieczka na szczyt staje się wzywaniem, na które trzeba być bardzo dobrze przygotowanym. Podejrzewam, że tydzień biegania, buty z siatki i prowiant złożony z butelki wody i gumy do żucia to jednak nieco za mało.

Mimo wszystko uznałem, że jak pod ręką mamy wulkan, nie wypada do niego nie zajrzeć. Ruszyliśmy więc o świcie w wielogodzinną podróż, w trakcie której byłem wręcz zachwycony tym, jak dobrze mi się idzie. Nie tylko wytrzymałem zabójcze tępo przewodnika - maratończyka, ale nawet wyprzedziłem go, a już na szczycie zaproponowałem jeszcze wyczerpanemu Dawidowi, że mogę znieść jego plecak na dół. W ogóle, kurde, nie pomyślałem, że jak od kilku godzin słyszę jego narzekanie, jaki to jest cierpiący i zmęczony, to ze mną już dawno powinno być podobnie. I to bez względu na to, jak dobrze sobie radzę z bólem.

Pierdolnęło mnie dopiero w drodze powrotnej, kilkaset metrów poniżej krateru. W jednej chwili idę sobie ostrożnie, acz ochoczo, a w drugiej zjeżdżam na plecach po skale, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Przejechałem tak kawałek i na szczęście zatrzymałem się szybko na jakimś kamieniu, bo nie wiem, czy nie wpakowałbym się w przepaść, których jest tu pod dostatkiem. Wstałem o własnych siłach, adrenalina zrobiła swoje, ale problem pojawił się, gdy spróbowałem wziąć kolejny krok. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Mięśnie, które do tej pory nie dawały w ogóle znać, że coś z nimi jest nie tak, nagle zaczęły zachowywać się jakby były zbudowane z waty. Czegoś podobnego doświadczyłem raz czy dwa, po wyjątkowo długich eskapadach, gdy pomimo bólu forsowałem się jeszcze godzinami i następnego dnia niemal nie mogłem wykonać kroku, bo przy każdym ruchu czułem setki szpilek w łydkach i udach. Tym razem nie czułem jednak nic, poza tym, że nogi przestały nagle reagować na moje polecenia.
Wulkan Concepcion

Tego jeszcze nie było. Pierwszy raz wyczerpałem swoje baterie do zera, nawet nie wiedząc kiedy to się stało. Znalazłem się bez pary w nogach 10 km od jakiejkolwiek cywilizacji, na pieprzonym wulkanie, który w dodatku emituje trujące fumarole. Gdy ostatkiem woli zmuszałem się do wykonania czegoś na kształt kroku, mięśnie drgały mi jak opętane, ale byłem w stanie przesunąć mogę do przodu. Schodząc w ten sposób ostro w dół po sypkim żwirze i niestabilnych kamieniach, aż prosiłem się o nieszczęście, więc praktycznie cały wysiłek związany z wydostaniem się z tej pułapki przeniosłem na ręce.

Zbocza stożka porasta malowniczy las tropikalny, wzdłuż kamienistej ścieżki było więc wystarczająco dużo drzew i krzewów, że przytrzymując się ich z dwóch stron, mogłem pozwalać grawitacji sprowadzać się stopniowo na dół. Parę razy roślinność nie wytrzymała wprawdzie mojej wagi i znów lądowałem na tyłku, czasem cudem wychodząc z tego cało, ale był to w sumie jedyny możliwy dla mnie sposób przemieszczania się w tym stanie. Być może nadwerężyłem sobie przy okazji ręce, ale poza mało przyjemnym mrowieniem w palcach nie czuję na razie żadnych dolegliwości. Co również jest nieco niepokojące, biorąc pod uwagę, że przeważającą część krzewów pokrywały kolce i moje dłonie po dotarciu na dół wyglądały tak, że nikt o umiarkowanym poczuciu estetyki nie chciałby się że mną witać.

Dodam jeszcze na koniec, że Dawidowi nogi też zmieniły się w galaretę, ale po kilku godzinach ostrzegawczego bólu. Gdyby zawczasu wsłuchał się w swój organizm i rozsądnie zarządził odwrót, nie musiałby wracać w ten sam sposób co ja. Morał z tej historii jest taki, że jak nic nie czujesz, przez pewien czas możesz zgrywać superbohatera, ale w rzeczywistości pozbawiony jesteś podstawowego mechanizmu alarmowego. Nie jestem pewny czy chciałbym, by utrzymała mi się taka znieczulica, ale pewnie do jutra przekonam się czy to jednorazowy wyskok mojego układu nerwowego, czy próg bólu przesunął mi się tak daleko, że będę mógł wstąpić w szeregi X-Menów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz