Szwecja zaskoczyła mnie nieco, bo nie spodziewałem się, że będzie to raczej mało zaskakujące miejsce. Interesującą destynacją wydaje mi się np. Turcja lub Chiny, ale i w Skandynawii wiele miłego mnie spotkało.
Wybraliśmy się z Hanną rowerami na mały tour po mieście Gävle, który liczy sobie jakieś 80 tys. mieszkańców. Miasto piękne, a zwłaszcza kompleks parkowy położony nad rzeką Gavleån. Uwagę zwróciła też farbyka kawy Gevalia (dawna, łacińska nazwa miasta) obok której czuć nawet zapach mielonych ziaren.
| Lokalna kawa - fascynująco aromatyczna! Szwedzi kochają kawę. (fot. PiGlobal) |
Demonstracja
Odwiedziliśmy też starówkę, a tam obok centrum handlowego Galeria Nian stał ciekawie wyglądający namiot. Okazało się, że to lokalna demonstracja Kurdów. O tej nacji, z perspektywy Polaka, napiszę tak, że jest znany z dwóch rzeczy. Po pierwsze z terroryzmu prowadzonego przez bojówkę PKK, a po drugie z olbrzymiej gościnności i niezwykle przyjaznemu nastawieniu. Nieco sobie z Kurdami porozmawialiśmy, jako że w zeszłym roku wyprawiłem się w tamtejsze rejony (Irak Północny).
Meczet
Mężczyzna spotkany przy namiocie zaprosił nas na posiłek do jego kawiarni. Poszliśmy jednak dalej i obiecaliśmy mu, że spotkamy się może później. Po drodze z ciekawości weszliśmy do lokalnego meczetu Al-Rasheeda. Tyle u nas negatywnych wiadomości odnośnie muzułmanów w Skandynawii, więc chętnie chciałem pogadać z którymi z nich. Sposób w jaki islamiści organizują swoje centra kulturalne zagranicą i jak dbają o "swoich" mógłby wiele nauczyć europejczyków. W telegraficznym skrócie... wspierają oni swoich niemal :bezinteresownie", ponieważ widzą w tym profity ogółu. Jak ktoś jest zainteresowany tą kwestią, to zapraszam do lektury tutaj. Trzeba dodać, że świątynię, którą odwiedziliśmy ufundował jakiś szejk z Kataru.
Nieco później umówiliśmy się telefonicznie z "facetem z namiotu". Spodziewałem się, że prowadzi jakąś małą, obskurną kafeterię w bocznej ulicy. Okazało się jednak, że jego lokal to całkiem porządna kafejka w centrum wielkiej galerii handlowej. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że całkiem dostatnio mu się żyje. Dotarło to do mnie, gdy pokazał mi zdjęcie swojego Bentleya (?), którym wybrał się w długą podróż ze Sztokholmu do Turcji.
Biblioteka
Krótko i na temat. Mają tutaj bibliotekę, którą odwiedza podobno 0,5 mln ludzi rocznie. Nie wiem jak to policzyli, ale faktycznie ruch w środku jak na Marszałkowskiej. Filia jest też czynna 365 dni w roku!
Kozioł
Szwedzi, jak każdy inny naród mają swoje odchyły od normy. Jednym z nich jest niewątpliwie zwyczaj stawiania wielkiego kozła, który stanowi symbol miasta. Wykonują go z drewna i z siana. Wygląda to nieco jak ta rzeźba z filmu Miś. Kozioł stoi tak sobie zimą w centrum miasta, aż w końcu ktoś nie wytrzyma i go... podpali. W ostatnich latach zachował się tylko raz.
Śledź
Jednego wieczoru, w domu rodziców Hanny, zebrały się jej sąsiadki. Jedna z nich przyniosła tradycyjne, szwedzkie danie, bo przecież o to wcześniej prosiłem. Jakże mogłem być tak głupi.
![]() |
| Intrygujące danie. (fot. scandinavianland.blogspot.se/) |
Surströmming, bo tak nazywała się niespodzianka wieczoru, podany był na szczęście w towarzystwie różnych innych dań. Danie śmierdzi tak mono, że nie idzie wysiedzieć przy stole. Powód? Ta potrawa to po prostu sfermentowany śledź trzymany w puszce przez rok lub więcej. Puszka ma w sobie tak wielkie ciśnienie, że czasem wybucha i przez to linie lotnicze zakazały przewożenia tego przysmaku na pokładzie. Kto nie wierzy, może sprawdzić tutaj: Surströmming. Powiem tylko, że zapach jaki temu towarzyszył był ciężki do zniesienia. Lokalni czasem dla bezpieczeństwa otwierają to na podwórku... W życiu nie jadłem czegoś dziwniejszego, ale do odważnych świat należy. Nie było ostatecznie tak źle, bo jadło się tą rybę z chrupkim pieczywem, pomidorami, śmietaną i ziemniakami. Mimo to, na 100% nie wejdzie do kanonu moich przysmaków. Za to do gustu przypadł mi bardzo rewelacyjny Skärgårdssill i kawior, który je się tu często.
Inne potrawy
| To już dużo lepsze! Łosoś! (fot. http://www.123rf.com) |
Hanna na poważnie wzięła sobie moje słowa, że kuchnia szwedzka nie jest pewnie zbyt rewelacyjna i próbowała zmienić moje zdanie. I tak przy pomocy łososia, który swoją drogą kosztuje podobnie jak w PL, podanego w towarzystwie sałatek zmieniłem nieco zdanie. Mama Hanny poprawiła daniem o nazwie Falukorv, które to jest kiełbasą wyrabianą z wędzonej wołowiny. Ogólnie mam wrażenie, że część potraw przypomina nieco rodzimą kuchnię. Pycha!
Tyle teraz niedługo dalsze wieści! Dodam więcej fotek ze swojego aparatu, jak znajdę kabel do niego.





