środa, 14 maja 2014

Przygody Tomka część 3



11.04.2014
Altagracia

niedziela palmowa




Chyba mogę zapomnieć o obcisłych gatkach i pelerynie, bo dziś rano odzyskałem czucie. Boli przy każdym kroku, jak jasna cholera, ale przynajmniej jestem na znanym podwórku. Chryste, ale to był poroniony pomysł z tym wulkanem. Chyba czas przejść na turystyczną emeryturę. Jak wrócę stąd żywy to przestawię się na hotele, plaże i drinki. Muszę tylko zatrudnić kogoś, kto będzie mnie tłukł po łbie za każdym razem, jak zacznę się zastanawiać nad powrotem do kariery poszukiwacza przygód.

12.04.2014
Altagracia - Granada

O świcie przypłynęliśmy promem do Granady, gdzie Dawid zakochał się w casillos. Do tego stopnia, że samemu pochłonął osiem porcji tej tortilli z serem i cebulką, i jeszcze strofuje mnie, co to znaczy, że mi wcale ta potrawa nie przypadła do gustu. Sorry, ale tym razem wybiorę hot-doga. Po prawie dwóch tygodniach próbowania lokalnych specjałów jedna bułka z parówką honoru mi nie splami. Zresztą to też amerykański wynalazek.

szkolny autobus ze stanów w wersji środkowoamerykańskiej
13.04.2014
Granada - Managua - Leon

Obudziłem się czując, że płonę. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca, ale znamienitą część mojego ciała toczył wampirzy jad. Ugryzienia miałem na stopach, łydkach, dłoniach, ramionach, plecach i na szyi. Naliczyłem w sumie trzynaście punktów zapalnych, a każdy sprawiał, że aż mnie skręcało.

Okej, wiem co myślicie. Facet dwa dni temu omal nie spieprzył się z wulkanu, a tu płacze, że pogryzło go parę komarów. Powiem wam, jak to działa. Za dnia mogę być żarty do woli i zwyczajnie to ignorować. Poswędzi to poswędzi i w końcu przestanie. Ale przez sen jestem delikatny jak dziecko. Zanim rozbudzę się na tyle, by wyprzeć ze świadomości fakt istnienia pogryzionych części ciała, cierpię katusze powstrzymując się przed drapaniem. Zresztą, na litość boską, trzynaście ukąszeń?

Żeby nie było, że tylko ja jestem tak smakowity: Dawida też zaatakowały w nocy komary. Ale on jak śpi to można by jeździć po nim walcem, a i tak się nie obudzi. Chętnie przehandlowałbym za tę umiejętność jakiś własny talent. Tylko wpierw musiałbym taki odkryć.

14.04.2014
Leon - Samotillo - Amatillo

Ten dzień zaczął się od najbardziej przykrego śniadania, jakie kiedykolwiek zaserwowano mam w hotelu. Okej, zdarzały się już zimne tosty czy płatki bez mleka, często też tego śniadania wcale nie było, ale jak obiecano nam, że o ósmej będą naleśniki to doprawdy nie spodziewaliśmy się, że po przeszło kwadransie oczekiwania przy stole obsługa wskaże nam kuchnię i zasugeruje, że mamy radzić sobie sami. Jak przystało na dżentelmenów, poczekaliśmy więc wpierw aż jakaś pani pierwsza przygotuje ciasto, a dysponując już gotowym półproduktem i tak poprzestaliśmy na jednym naleśniku, który rozdziobaliśmy na patelni na drobne kawałeczki. Żeby nie trzeba było go kroić, oczywiście.
do świątyń starożytnych majów można się dostać na wiele sposobów

Posileni i z zapasem energii na cały dzień udaliśmy się do punktu turystycznego, by dowiedzieć się w nim, że dziś na żadne bezpośrednie autobusy do Salwadoru nie dostaniemy już biletów. Jako że z kryzysowymi sytuacjami radzimy sobie świetnie, marudziliśmy sprzedawcy tak długo, aż w końcu podzwonił po dworcach i ułożył nam alternatywny plan podróży komunikacją podmiejską. W ten sposób wycieczka z punktu A do punktu B wzbogaciła się o przesiadki w punktach A1, A2, A3 i A4, ale ostatecznie osiągnęliśmy swój cel. A był nim przejazd przez cały Honduras, najniebezpieczniejsze państwo Ameryki Północnej.

Mógłbym was zanudzać szczegółami, jak to okradli Dawida, a mnie dźgnęli nożem, gdyby nie to, że nic takiego się nie stało. Prawdę mówiąc, poza dworcami, kilometrami dróg i wszechobecnym syfem, to nic nie widzieliśmy. No może jeszcze dużo wojskowych, którzy dbają, by chociaż główne węzły komunikacyjne w kraju były wolne od ataków lokalnych bojówek.

Wspomniałem o syfie, rozwinę więc nieco ten temat. W Nikaragui pojemniki do segregowania śmieci stoją na każdym większym placu, a nawet w zapyziałych wioskach na słupach wiszą prośby o zachowanie czystości. W Hondurasie, dla kontrastu, o porządek nie dba nikt. Ludzie wyrzucają na ulice wszystko, od papierków począwszy, a skończywszy na zwyczajnym złomie. Najwięcej śmieci ląduje w rowach przy głównych trasach, bowiem pasażerowie autobusów żrą w nich na potęgę, a wszystkich opakowań pozbywają się przez okna. Wśród nich królują zaś foliowe woreczki, w które pakuje się dosłownie wszystko, łącznie z napojami.

pupusas, czyli placki z zapiekanym serem
Na początku miałem wyrzuty sumienia, szczerze. Ale jak od jednej granicy do drugiej nie można uświadczyć ani jednego kosza, człowiekowi odechciewa się tachać ze sobą odpady.

Do przejścia granicznego z Salwadorem dotarliśmy pod wieczór, uznaliśmy więc, że zaraz po odprawie znajdziemy sobie jakiś kąt do spania, by nie włóczyć się po nocy po już mniej strzeżonej okolicy. Widzicie, jacy potrafimy być rozsądni? Wyboru specjalnie nie mieliśmy, zapukaliśmy więc w okute blachą wrota jedynego hotelu w całej okolicy. Właścicielka przybytku chyba nie spodziewała się gości, bo dopiero po paru ładnych minutach usłyszeliśmy dźwięk odsuwania się ciężkich zasuw. Hotel La Esperanza strzeżony był jak bunkier.

Oprócz nas i zaszytej gdzieś rodziny nieco nawiedzonej pani, w całym budynku nie było żywej duszy. Taki stan musiał tu trwać już od dłuższego czasu, na meblach zebrała się bowiem zauważalna warstwa kurzu, a pod prysznicami rozpięte były pajęczyny. To   dziwne uczucie przechadzać się samemu po hotelu pełnym pustych pomieszczeń. Nie żeby był to zaraz Overlook ze Lśnienia, ale też wchodził na psychikę. Głównie dlatego, że nie było w nim chyba żadnej równej powierzchni. Sufit pod dziwnym kątem czy ściany, które nie widziały poziomicy to jeszcze nic niezwykłego, ale podłoga, po której można by zjeżdżać na desce, szeroki na metr korytarz, który gdyby przy jednej ze ścian napełnić wodą do 20 cm, przy drugiej byłby jeszcze suchy i schody naprzemian śmiesznie niskie i za wysokie, to już coś raczej rzadko spotykanego. Od samego patrzenia może się zakręcić w głowie.

Cóż, idę spać. Może nie będzie straszyć.

niedziela, 11 maja 2014

Przygody Tomka: część 2



Zgodnie z obietnicą dalsza część przygód Tomka w Ameryce!

nikaragujski posiłek za dwa dolary
7.04.2014
San Carlos - El Castillo - San Carlos

El Castillo to niewielka miejscowość położona o dwie godziny drogi łodzią motorową od San Carlos. Spośród okolicznych wiosek wyróżnia się ruinami wieży, służącej niegdyś mieszkańcom do obrony przed rzecznymi piratami. Tych z czasem zastąpili przemytnicy, wykorzystujący wody pomiędzy Kostaryką i Nikaraguą do spławiania broni i narkotyków, ale nasilone wojskowe patrole ograniczyły ten proceder w ostatnich latach.

Środkowoamerykańskie rzeki biegną głównie przez dżungle, dlatego podczas podróży do El Castillo mieliśmy okazję podziwiać bogactwo lokalnej przyrody. Łódź, którą płynęliśmy zatrzymywała się wielokrotnie pośrodku niczego, by tubylcy mogli wysiąść możliwie blisko swoich domów, poukrywanych często w zupełnej dziczy. Te z nich, które byliśmy w stanie zaobserwować z wody, zaskakiwały swoją prostotą. Zbite z kilku desek, bez wody czy elektryczności, służące domownikom tylko jako ochrona przed deszczem lub słońcem.

W samym El Castillo zabawiliśmy zaledwie dwie godziny, bo oprócz wspomnianej wieży, nie ma tam nic do oglądania. Koło portu spotkaliśmy natomiast Nelly, której troska o spuchnięte nogi Dawida znowu sprawiła, iż zaczął bać się, że czeka go amputacja. Razem z Francuzką wróciliśmy do San Carlos, gdzie jak się okazało, poza restauracjami nigdzie nie można dostać piwa. Kolejna kropla do dawidowej czary goryczy.






8.04.2014
San Carlos - Altagracia

Przewodniki turystyczne po Nikaragui, w dodatku całkiem aktualne, radzą, by przed podróżą do Altagracii zaopatrzyć się w hamak, inaczej dziewięciogodzinną podróż promem na wyspę Ometepe, na której zlokalizowana jest miejscowość, trzeba będzie spędzić siedząc na zimnym i twardym pokładzie. Podejrzewam, że autorom poradnika nie chciało się sprawdzać, jak jest obecnie i skopiowali po prostu informacje z jakiegoś starszego wydania, bo nas na promie powitały obite skórą ławeczki, na których można się było wygodnie położyć.

kanał panamski
Być może opis, jaki znaleźliśmy w przewodniku, pochodził z czasów, gdy jeszcze nie było podziału na pierwszą i drugą klasę. Jako turyści, chcąc nie chcąc, trafiliśmy na wygodny górny pokład, podczas gdy na dole gnieździły się tłumy miejscowych. W przeszłości zdarzały się ponoć kradzieże i napaści na białych, władze Nikaragui postanowiły więc, że oddzielą przybyszy od tubylców, tym pierwszym uniemożliwiając zakup tańszych biletów, a tych drugich upychając na dolnym pokładzie, za mniejsze pieniądze, ale w zdecydowanie gorszych warunkach. Współczesny podział klasowy pełną gębą.

Na promie po raz kolejny spotkaliśmy francuską lekarkę, z którą jak zwykle porozmawialiśmy trochę o dolegliwościach Dawida. Po przybyciu na wyspę nasze drogi się jednak ostatecznie rozeszły, Nelly dołączyła do swoich przyjaciół, z którymi zamierzała kontynuować podróż, my zaś udaliśmy się do hotelu, który na kilka następnych dni stać się ma naszą bazą do wypadów po okolicy.
na jednym metrze kwadratowym cztery panie przygotowują enchilladę

9.04.2014
Altagracia - Ojos de Agua - Playa del San Domingo - Altagracia

Pan Mario Ortiz, właściciel hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, doradził nam wizytę nad jeziorem Ojos de Agua, naturalnym basenem o krystalicznie czystej wodzie. Wstęp nad kąpielisko kosztował niestety 3 USD, co jest ceną strasznie zawyżoną jak na lokalne warunki, dlatego z akwenu korzystają tu głównie zagraniczni turyści, których stać jest na takie zabawy.

Znad basenu udaliśmy się na Playa del San Domingo, podobno najładniejszą plażę na wyspie. Rzeczywiście, mogliśmy poczuć się tam, jak na Karaibach. Nie dość, że wzdłuż brzegu ciągnął się pas bielutkiego piasku, to od wiatru na jeziorze potworzyły się iście morskie fale. Co ciekawe, oprócz nas na całej plaży nie było zupełnie nikogo. Być może ma to coś wspólnego z tym, że w gorącej wodzie żyją tam ponoć żarłacze tępogłowe, jedyny słodkowodny gatunek rekina. Nam w każdym razie udało się wykąpać bez konfrontacji z żadną przerośniętą rybą.

10.04.2014
Altagracia - Volcan Concepcion - Altagracia

Przeholowałem, kurna, przeholowałem. Żyję, jak widać, ale tak źle jeszcze nie było. Byłem już pocięty, potłuczony, zmęczony do granic możliwości i ogólnie cierpiący na tysiąc sposobów, ale władzy w nogach to jeszcze nie straciłem. Spokojnie, już chodzę, ale w chwili, gdy ugięły się pode mną kolana i przez kilka kolejnych godzin, gdy pełzłem po zboczu wulkanu, było mi nie do śmiechu.

Jak kogoś interesują szczegóły zdarzenia, to wrzucam, ostrzegam tylko, że będzie długie. W ramach wprowadzenia podzielę się tylko wpierw ciekawostką z mojego życia: jak na takie chuchro mam zaskakująco wysoki próg odporności na ból. Nie oznacza to, że wcale niczego nie czuję, oj nie. Potrafię jednak zacisnąć zęby i przeć do przodu, bez względu na to, jak bardzo chce mi się wyć. Przydatna sztuczka, zwłaszcza przy moim trybie życia.

A teraz do rzeczy. Na wyspie Ometepe jest wulkan Concepcion, na którego podejście jest tak niebezpieczne, że zabrania się turystom wspinaczki bez opieki doświadczonego przewodnika. Faktycznie, dwudziestokilometrowy spacer już po płaskim terenie mógłby dać w kość komuś kto większość życia spędził siedząc przed komputerem, a jak dorzucimy do tego naprawdę strome ściany, osypujące się kamienie o ostrych krawędziach i upał nie do zniesienia, wycieczka na szczyt staje się wzywaniem, na które trzeba być bardzo dobrze przygotowanym. Podejrzewam, że tydzień biegania, buty z siatki i prowiant złożony z butelki wody i gumy do żucia to jednak nieco za mało.

Mimo wszystko uznałem, że jak pod ręką mamy wulkan, nie wypada do niego nie zajrzeć. Ruszyliśmy więc o świcie w wielogodzinną podróż, w trakcie której byłem wręcz zachwycony tym, jak dobrze mi się idzie. Nie tylko wytrzymałem zabójcze tępo przewodnika - maratończyka, ale nawet wyprzedziłem go, a już na szczycie zaproponowałem jeszcze wyczerpanemu Dawidowi, że mogę znieść jego plecak na dół. W ogóle, kurde, nie pomyślałem, że jak od kilku godzin słyszę jego narzekanie, jaki to jest cierpiący i zmęczony, to ze mną już dawno powinno być podobnie. I to bez względu na to, jak dobrze sobie radzę z bólem.

Pierdolnęło mnie dopiero w drodze powrotnej, kilkaset metrów poniżej krateru. W jednej chwili idę sobie ostrożnie, acz ochoczo, a w drugiej zjeżdżam na plecach po skale, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Przejechałem tak kawałek i na szczęście zatrzymałem się szybko na jakimś kamieniu, bo nie wiem, czy nie wpakowałbym się w przepaść, których jest tu pod dostatkiem. Wstałem o własnych siłach, adrenalina zrobiła swoje, ale problem pojawił się, gdy spróbowałem wziąć kolejny krok. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Mięśnie, które do tej pory nie dawały w ogóle znać, że coś z nimi jest nie tak, nagle zaczęły zachowywać się jakby były zbudowane z waty. Czegoś podobnego doświadczyłem raz czy dwa, po wyjątkowo długich eskapadach, gdy pomimo bólu forsowałem się jeszcze godzinami i następnego dnia niemal nie mogłem wykonać kroku, bo przy każdym ruchu czułem setki szpilek w łydkach i udach. Tym razem nie czułem jednak nic, poza tym, że nogi przestały nagle reagować na moje polecenia.
Wulkan Concepcion

Tego jeszcze nie było. Pierwszy raz wyczerpałem swoje baterie do zera, nawet nie wiedząc kiedy to się stało. Znalazłem się bez pary w nogach 10 km od jakiejkolwiek cywilizacji, na pieprzonym wulkanie, który w dodatku emituje trujące fumarole. Gdy ostatkiem woli zmuszałem się do wykonania czegoś na kształt kroku, mięśnie drgały mi jak opętane, ale byłem w stanie przesunąć mogę do przodu. Schodząc w ten sposób ostro w dół po sypkim żwirze i niestabilnych kamieniach, aż prosiłem się o nieszczęście, więc praktycznie cały wysiłek związany z wydostaniem się z tej pułapki przeniosłem na ręce.

Zbocza stożka porasta malowniczy las tropikalny, wzdłuż kamienistej ścieżki było więc wystarczająco dużo drzew i krzewów, że przytrzymując się ich z dwóch stron, mogłem pozwalać grawitacji sprowadzać się stopniowo na dół. Parę razy roślinność nie wytrzymała wprawdzie mojej wagi i znów lądowałem na tyłku, czasem cudem wychodząc z tego cało, ale był to w sumie jedyny możliwy dla mnie sposób przemieszczania się w tym stanie. Być może nadwerężyłem sobie przy okazji ręce, ale poza mało przyjemnym mrowieniem w palcach nie czuję na razie żadnych dolegliwości. Co również jest nieco niepokojące, biorąc pod uwagę, że przeważającą część krzewów pokrywały kolce i moje dłonie po dotarciu na dół wyglądały tak, że nikt o umiarkowanym poczuciu estetyki nie chciałby się że mną witać.

Dodam jeszcze na koniec, że Dawidowi nogi też zmieniły się w galaretę, ale po kilku godzinach ostrzegawczego bólu. Gdyby zawczasu wsłuchał się w swój organizm i rozsądnie zarządził odwrót, nie musiałby wracać w ten sam sposób co ja. Morał z tej historii jest taki, że jak nic nie czujesz, przez pewien czas możesz zgrywać superbohatera, ale w rzeczywistości pozbawiony jesteś podstawowego mechanizmu alarmowego. Nie jestem pewny czy chciałbym, by utrzymała mi się taka znieczulica, ale pewnie do jutra przekonam się czy to jednorazowy wyskok mojego układu nerwowego, czy próg bólu przesunął mi się tak daleko, że będę mógł wstąpić w szeregi X-Menów.

wtorek, 6 maja 2014

Przygody Tomka: część 1

Gościnnie zamieszczam w częściach relację mojego znajomego Tomka, z wyprawy do Ameryki. Enjoy!


2.04.2014
Bydgoszcz - Berlin - Madryt

Nie każda przygoda zaczyna się jak filmy Hitchcocka. Jasne, dobrze jest na początku wciągnąć czymś czytelnika, ale opis tego, jak ktoś się pakuje, wsiada w autobus, pociąg czy samolot i telepie tak następnie przez niezliczoną liczbę godzin, nie jest zbyt porywający. A tak przecież zaczyna się większość podróży. Nawet te suto przyprawiane zmyślonymi historyjkami cierpią często na ten syndrom. Ba, nawet te całkiem fikcyjne! Zanim coś się zaczęło dziać we "Władcy", ile czasu musiało upłynąć? Już nie wspominając o tym, że kilka pierwszych stron zajmuje opis dziury...

Nasza podróż też nie zaczęła się od trzęsienia ziemi. Jednak jeszcze w trasie pomiędzy Poznaniem i Berlinem dowiedzieliśmy się, że portal, przez który zarezerwowaliśmy sobie większość hoteli, ot tak anulował wszystkie nasze rezerwacje. Dla nas to była dość wstrząsająca wiadomość, bo oznaczało to, że lecimy w ciemno, nie wiedząc gdzie i czy w ogóle będziemy gdzieś spali. No, ale czy kiedykolwiek wszystko poszło po naszej myśli?

3.04.2014
Madryt - Panama City

Na przystanku autobusowym przed lotniskiem w Panamie poznaliśmy Ewę, przez którą już pierwszego dnia pobytu na obcym kontynencie nasze wydatki niemal dwukrotnie przekroczyły zakładaną normę. Zamiast znaleźć sobie możliwie najtańszą - uwaga - dziurę, zgodziliśmy się eskortować ją do hotelu na drugim końcu miasta. Bo noc, dzicz, niebezpieczeństwo, samotna białogłowa i tak dalej. A że było już późno i niespecjalnie mieliśmy się gdzie podziać, zostaliśmy już tam, gdzie ona, płacąc po 18 USD za zwykłe łóżka w sześcioosobowym dormitorium. Ech, podróże z kobietami zawsze się komplikują...

4.04.2014
Panama City

Podróżując z ograniczonym budżetem należy być kreatywnym. Uznaliśmy więc rano, że skoro już tyle zapłaciliśmy za nocleg, nieco przedłużymy sobie dobę hotelową. Nieco, czyli o jakieś dwanaście godzin.

Po porannym wymeldowaniu podrzuciliśmy nasze bagaże do hotelowej przechowalni i, jak gdyby nigdy nic, poszliśmy zwiedzać miasto. Zobaczyliśmy Kanał Panamski, Most Ameryk i jeszcze mnóstwo innych zakątków, pokonując po drodze tyle kilometrów, że chyba narobiłem sobie pęcherzy. Gdy wieczorem wróciliśmy po bagaże do hotelu, wykąpaliśmy się raz jeszcze zakradając do łazienek, a parę ostatnich godzin przed odjazdem do Kostaryki spędziliśmy wylegując się na ogólnodostępnej kanapie. W ten sposób koszta noclegu wydały się nam nieco bardziej uzasadnione.

5.04.2014
Panama City - San Jose

Obawiałem się, że blisko szesnastogodzinna podróż do stolicy Kostaryki będzie drogą przez mękę, tymczasem przespałem w nocy niemal cały odcinek z Panama City do granicy. Dopiero tam zaczęło robić się ciekawie, bo podróż przez Amerykę Środkową to niekończące się kontrole. Wszyscy pasażerowie traktowani są jak potencjalni przemytnicy, co oznacza godziny spędzone na okazywaniu dokumentów, przeszukiwaniu bagażu i odpowiadaniu na szczegółowe pytania dotyczące podróży.

Procedura wygląda mniej więcej tak: autokar zatrzymuje się przed punktem migracyjnym, gdzie wszyscy prowadzeni są do zamkniętego pomieszczenia, w którym grupa uzbrojonych po zęby żołnierzy z psami przeszukuje na wyrywki torby podróżnych. Po wstępnej kontroli turyści ustawiają się w niemożliwie długiej kolejce po tzw. departure card. Ze świstkiem, w którym odpowiedzieć trzeba na masę pytań dotyczących celu, powodu i sposobu podróży, trzeba ustawić się w drugiej kolejce, do okienka, przy którym urzędnik wbijający pieczątkę do paszportu i tak zada te same pytania, obrzucając deklarację tylko przelotnym spojrzeniem.

Już z pieczątkami i pod eskortą policji podróżni prowadzeni są do drugiego punktu kontrolnego, w którym znowu czeka ich uzupełnianie dokumentów, legitymowanie się paszportami i odpowiadanie na dziesiątki pytań. Po dokonaniu formalności i przed powrotem do autokaru wszyscy zamykani są w klatce, dosłownie, otoczonej stalowymi prętami, drutem kolczastym i szwadronem mundurowych. I znowu zaczyna się bebeszenie bagaży, na wypadek gdyby kilkunastu urzędników, wojskowych, policjantów i psów tropiących coś do tej pory przeoczyło. Trochę paranoja, no nie?

6.04.2014
San Jose - Los Chilles - San Carlos

Pora na pierwszy raport zdrowotny. Zacznę go od złotej myśli, że sam ból nie jest zły, gorzej jest się od niego odzwyczaić. Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy dwa dni temu porobiły mi się pęcherze. Dopóki zmuszałem się do ruchu, wszystko było ok, nawet po tym jak jeden z tych pęcherzy mi pęknął. Ale stanąć na obolałych nogach po tym, jak już pozwoliło się nogom trochę odpocząć, to najgorsza tortura, jaką można sobie w tym stanie zaserwować. Czemu, na litość boską, mam tak delikatne stopy! Rodzice trzymali mnie za nie zanurzając w Styksie?

Z Dawidem też nie jest lepiej. Podczas podróży autokarem obsypało go bąblami przypominającymi ukąszenia komara, ale ponoć jeszcze bardziej piekącymi. Ślady ma wszędzie od brwi, przez ręce, brzuch i kolana, po stopy, które na domiar złego spuchły mu jak balony. Od wczoraj sytuacja się jeszcze zaogniła, bo placki na nogach zaczęły się powiększać, nie wiadomo czy same z siebie, czy na skutek drapania. Postanowiliśmy tego nie bagatelizować i jak tylko dostaliśmy się do San Carlos (jesteśmy już w Nikaragui!) zaczęliśmy szukać lekarza.

Na przejściu granicznym spotkaliśmy Nelly, francuską lekarkę, która wprawdzie przejęła się stanem Dawida, ale nie miała pojęcia co może mu dolegać. Poradziła mu tylko, by jak najszybciej skonsultował to z miejscowym medykiem, napędzając w ten sposób mojemu towarzyszowi jeszcze więcej strachu. Godzinę później znaleźliśmy się w szpitalu.

- Równie dobrze mógłbym iść do szamana - po krótkiej wizycie Dawid skwitował pobyt w placówce. Na miejscu pobrano mu wprawdzie krew, badanie to jednak niczego nie wykryło, a dwudziestoparoletnia pani doktor nie miała pojęcia, co może być przyczyną dolegliwości mojego kompana. Wręczyła mu tylko maść i tabletki o bliżej nieznanych właściwościach, i poradziła - zaskakujące - by tak się nie drapał.

czwartek, 1 maja 2014

Herbata po irlandzku

Dzisiaj z racji mojego aktualnego miejsca pobytu podam Wam przepis na pyszną herbatkę po irlandzku.

  • 2 szklanki wody
  • 4 torebki herbaty (aby była mocna)
  • 1-4 łyżkeczki cukru
  • 2-4 łyżeczki Irish Whiskey (a jak ktoś woli, to i pół szklanki będzie ok)
  • 1/8 łyżeczki Angostura bitters
4 Lipton® Cup Size Tea Bags 1 Tbsp. sugar 2 to 4 Tbsp. Irish whiskey 1/8 tsp. Angostura bitters (optional)

Miód i piłka na zdjęciu dla zmyłki. Nie ma w przepisie ale dodać mozna.
W imbryku, zalać wrzątkiem cztery torebkki herbaty lipton lub innej mocnej. Następnie oczywiście przykryć i parzyć 5 minut. Wyjmij torebki herbaty i wycisnąć. Kolejno wymieszać z cukrem, whisky i agnosturą. Jeśli ktoś chce można dodawać do tego ubita śmietanę. 15 minut i gotowe!

I już deszczowo-wietrzne wieczory i popołudnia nam nie straszne!

Polecam jeszcze wersję pro herbaty, którą piją czyli indyjską masalę czaj.


niedziela, 27 kwietnia 2014

MISJA TUŁACZ: Świątynie Kamasutry część 4 (Khajuraho, Indie)

Chłopiec czekał z jakimś kolegą w umówionym miejscu już na pół godziny przed umówionym spotkaniem tuż przed żeliwną bramą pensjonatu. Obydwaj opierali się o stare, zdezelowane rowery, które pewnie były postrzegane wśród lokalnych dzieciaków jako bolidy formuły 1. Okazało się, że ten z wczoraj nazywa się Radżesz, a ten drugi Maadhav. Ten pierwszy z nich powiedział, że najpierw pojedziemy coś zjeść, jeśli jestem głodny. Zgodziłem się i chwyciłem za rower, ale chłopcy stwierdzili, że mam siedzieć na bagażniku, a Maadhav będzie pedałować.

nasze śniadanko!

Mimo, że ciałem byłem obecny na niewygodnym tyle roweru, to myślami wróciłem do wczorajszej nocy. Spędziliśmy wieczór z Francescą, siedząc na dachu naszego pensjonatu. Ciekawie się tam wchodziło. Najpierw po schodach bez barierki, a potem na śliskiej, niepewnej drabinie. U góry oprócz jakiś zapomnianych, gnijących mebli zastała nas też dosyć ciekawa panorama. Zaskoczyła ponownie przestrzeń. Gdzieś tam pola lub nie-pola, palmy, jakieś domy, dziwna mgła… Zanim się zorientowaliśmy zrobiło się ciemno. Noc była gwiaździsta i czas leciał nam miło, choć nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Siedzieliśmy sobie tak cichutko obok siebie, nawet nie patrząc w jakiś określony punkt. Nasze spotkanie w pociągu z obecnego punktu widzenia wydawało się interesujące, erotyczne i niepowtarzalne, choć ani ja ani ona go nie idealizowaliśmy. Jej towarzystwo odświeżyło całe te Indie w mojej głowie i być może potrzebowałem obecności kogoś z Europy, z mojego kręgu kulturowego, by poczuć się tutaj swobodnie, swojsko, choć na moment. Francesca miała wiele zalet, wśród których na pewno trzeba było wyróżnić wielkie jak dzwon serce, ale wiadomy był fakt, że gdybyśmy podróżowali dłużej na pewno na jaw wyszły by nasze odmienne charaktery i podejścia do życia. Polubiłem ją, ale gdy dowiedziałem się, że musi wracać do siebie, do Jaipuru nie rozpaczałem. Teraz jednak następnego dnia nieco zatęskniłem.

atmosfera śniadaniowa
Z rozmyśleń wyrwał mnie ból tyłka, jaki powodowały każde dziury na drodze, a było ich całkiem sporo. W końcu zmieniłem się z Maadhavem i zacząłem pedałować. Nie miałem serca wykorzystywać małego hinduskiego dzieciaka, który zarzekł się, że będzie mnie wszędzie wozić. Tym bardziej, że ludzie przy drogach śmiali się okrutnie widząc taki podły widok: hinduskiego, nieletniego rikszarza i jego „białego Pana”. Pojechaliśmy najpierw w jedno miejsce zjeść coś taniego i lokalnego. Trochę tam pedałowaliśmy, aż dojechaliśmy do chaty wykonanej chyba w całości z palm i znalezionych przy drodze kawałków drewna. Przed wejściem i tak wisiała „piękna”, czerwona reklama coca-coli, która nijak nie pasowała do tego wszystkiego.

Zamówił za mnie Radżesz, który rozwodził się naprzemiennie nad niesamowitą biedą w wiosce i nad jej wspaniałością. Kucharz zerwał się leniwie ze stołka i poszedł za zasłonę z ceraty pichcić coś bliżej nieokreślonego. Nie wiedziałem co to ma być, ale chłopaki mówili, że tu każdy to je na śniadanie. Każdy? No dobra. To jemy.

Po chwili mężczyzna przyniósł nam wodę z metalowych kubkach oraz na talerzu placek ziemniaczany, do którego dosypano chyba parę dobrych łyżek curry i innych przypraw.

- U nas też mamy coś podobnego – odezwałem się.
- Taak? – zdziwił się Radżesz i przetłumaczył swojemu koledze.

Podzieliłem się z chłopakami połową tego placka, a potem zamówiliśmy jeszcze drugi i trzy kubki herbaty dla mnie. Wkurzało mnie to picie z ich mini-kubeczków i trzeba było wypić co najmniej trzy żeby poczuć pojemność normalnego kubka.

Gdy przyszło po małej gadce-szmatce do płacenia, chłopczyk zawołał kucharza i ten coś tam mu powiedział.

- Ile płacimy?
- Tzn. ty płacisz prawda? Jeśli to nie problem sir.

Dobra. Zapłacę. Niech biedne dzieciaczki jedzą. W końcu robią za przewodników, a jest niepisana zasada, że wikt i opierunek trzeba zapewnić. Niech będzie. Nie zbiednieję.

- Ile płacę za to wszystko?
- 800 rupii – rzekł Radżesz.

O kurwa. Pomyślałem sobie. Drożej jak w Bombaju w knajpie.  Oj nie lubię jak chce się mnie oszukać. Pierwszy napływ złości we krwi prawie spowodował, że krzyknąłem, ale zaraz. Spokojnie. Spokój ducha. Kontemplacja. Wszystko na spokojnie. Nauczyłem się już, że jak jest drogo albo ktoś cię oszukuje prosto w oczy, wszystko na spokojnie… zero krzyku.

- Dam 300 rupii - powiedziałem powoli.


Fotograf i przewodnik w jednym.
Chłopczyk coś tam powiedział kucharzowi i w końcu dałem 400 INR (20 zł). Ni to mało ni to dużo za dwa śniadania. Pewnie stówę dostanie sam Radżesz za to, że mnie przyprowadził. Oj ciężkie jest życie białasa. Nabrałem nieco sceptyczności do tego dnia.

Ta chatka z palm na pewno nie miała takiego drogiego cennika. Tymczasem cena była słona, jak te placki.  W sumie kto tam wie ile te placki normalnie kosztują. Nigdy się nie dowiem. Wyszedłem z nimi opuszczając plackową chatkę.

***

Rower to najlepsza chyba forma zwiedzania i za każdym razem, gdy jestem zagranicą staram się pojeździć trochę po okolicy, jeśli jest sposobność. Jeżdżąc po hinduskiej wsi czułem się fantastycznie, a co niektórzy przechodnie nie kryli zdziwienia widząc turystę na rowerku w towarzystwie hinduskich dzieci.

Jeździliśmy tak dobrych parę godzin poprzez wieś i chłopacy pokazali mi parę ciekawostek, z których większość Radżesz wymyślał po drodze. Na przykład fakt, że rura kanalizacyjna (?) oddziela we wsi kasty ludzi. Chociaż kij wie. Może to prawda. Jednak już na pewno krowa nie była kiedyś wójtem wsi…


Pojechaliśmy jeszcze do jednej świątyni, która łudząco przypominała te poprzednie z wczoraj. I do drugiej ciekawszej świątyni, gdzie spotkałem dwie Niemki, które w Indiach były od przedwczoraj, ale naprawdę sporo o nich wiedziały.

Potem zaś zlądowaliśmy w domu Radżesza co mnie mocno ucieszyło, bowiem chciałem zobaczyć domostwo od środka. Co prawda widziałem już jedno z Jodhpurze, ale nigdy nie zaszkodzi więcej pooglądać, jak mieszkają lokalsi.

W domu jednak miło nie było. Chłopak odprawił najpierw swoją matkę krzycząc na nią, co lekko mnie zszokowało.

Nie znam hindu, ale to było coś w stylu:

- Rób babo herbatę.

I zrobiła. Choć nie była wcale dobra. Kolejne zdziwienie.

W domu były też trzy inne dziewczyny, z których jedna była po prostu prześliczna, ale po paru krótkich chwilach przemykania po korytarzu pochowała się wraz z innymi kobietami.

Do domu wpadł ojciec Radżesza i dosłownie przybił mi piątkę i pochwalił syna, że buja się z cudzoziemcami. Tymczasem synalek zaczął mnie przekonywać, że najlepsze co mogę zrobić ze swoimi pieniędzmi to wysyłać mu, a on wtedy pójdzie na studia medyczne i kiedyś mi odda.

Może i bym na to poszedł, gdyby nie fakt, że zaśpiewał 250 euro miesięcznie! Nie przekonał mnie również fakt, że przed domem stały dwa motory i auto. Mały skurczybyk.

Dopiłem herbaty i wyszliśmy z domu. Pomyślałem sobie, że czas pedałować do mojego taniego hotelu.

Selfie z chłopakami
Po drodze zaczepił mnie jakiś nastolatek i chichocząc powiedział, że mam się nie trzymać z jego znajomym Radżeszem, bo on wącha klej i pije piwa. Bez komentarza…
Aczkolwiek było i więcej wrażeń, gdy 11-latek rozpoczął niespodziewanie tematy damsko-męskie i gdy zrozumiał, że nie mam żony od razu zaproponował mi kobietę do towarzystwa i wynajęcie motoru bym mógł pojechać z nią w góry.

***

Na koniec, gdy już się żegnaliśmy przy bramie Radżesz zawołał:

- Sir… czy możemy prosić o drobną zapłatę za nasze usługi?
- Radżesz… - westchnąłem ciężko – mówiłeś, że jesteśmy przyjaciółmi tak?
- Zatem nie chcesz mi dać żadnych pieniędzy teraz?

Wkurzyłem się.

- Dlaczego miałbym dać ci pieniądze?
- Przecież poświęciliśmy dużo energii i czasu by cię oprowadzić.
- To prawda, ale posłuchaj Radżesz… gdybyś powiedział, to na początku byłoby zupełnie inaczej… Po za tym może twój kolega zapłaci mi za to, że woziłem go na bagażniku, co?

Skończyło się tak, że dałem im 100 rupii (5zł), choć chyba wcale nie powinienem. Radżesz zamiast być wdzięczny schował banknot z nieskrywanym rozczarowaniem i… zapytał ile dam jemu koledze.

- Co?! Daj spokój. Kupiłem wam przecież śniadanie… 100 rupii wystarczy wam na pewno na biszkopty.
- No, ale powinniśmy dostać więcej… jako przewodnicy.
- Za te zmyślane historie we wsi?...

Radżesz najpierw gniewnie wybałuszył gałki oczne i chciał coś mi powiedzieć wtykając palec w moim kierunku, ale powstrzymał się i zamilkł.
Chłopcy odpuścili, wsiedli na rowery wyzywając mnie pod nosem od „maderchoków”* i pojechali. Coś czuję, że imię Radżesz na dlugo zapamiętam.
 
* oznacza to sk***syna

I więcej klimatycznych fociąt ze wsi Kamasutry: