piątek, 22 listopada 2013

MISJA TUŁACZ: Kilka dni w Skandynawii fotki (Gavle, Szwecja)

Wstawiłem nieco zdjęć zrobionych podczas odwiedzin Hanny, w Szwecji, w mieście Gävle. Więcej na ten temat napisałem tutaj.
Dużo tam takich widoczków.

Ziomkowie Kurdowie spotkani na głównym placu.

Wystrój meczetu, również w stylu Ikea.

W podziemiach meczetu jest bufet, ping-pong, bilard i sekcja judo.

W niektórych domach ludzie wystawiają koniki z drewna (Falarny), które stanowią symbol Szwecji.

Niesamowita kolacja przygotowana przez mamę Hanny i sąsiadki.

Sustromming, czyli śmierdzący, kiszony śledź.

Street Art 1

Street Art 2

Street Art 3

Ratusz, jeśli dobrze pamiętam.

Panorama starówki. Niestety wkradła się jakaś lokalna baba.

Choinka na głównym placu. Na razie bez dekoracji.

Rowery są bardzo popularne w szwedzkich miastach.

Hanna chilloutuje się w Ikei.

Ikea.

Dobre żarełko: łosoś w Ikei.

czwartek, 21 listopada 2013

MISJA TUŁACZ: Kilka dni w Skandynawii (Gavle, Szwecja)

Szwecja zaskoczyła mnie nieco, bo nie spodziewałem się, że będzie to raczej mało zaskakujące miejsce. Interesującą destynacją wydaje mi się np. Turcja lub Chiny, ale i w Skandynawii wiele miłego mnie spotkało.

Wybraliśmy się z Hanną rowerami na mały tour po mieście Gävle, który liczy sobie jakieś 80 tys. mieszkańców. Miasto piękne, a zwłaszcza kompleks parkowy położony nad rzeką Gavleån. Uwagę zwróciła też farbyka kawy Gevalia (dawna, łacińska nazwa miasta) obok której czuć nawet zapach mielonych ziaren.

Lokalna kawa - fascynująco aromatyczna! Szwedzi kochają kawę.
(fot. PiGlobal)


Demonstracja
Odwiedziliśmy też starówkę, a tam obok centrum handlowego Galeria Nian stał ciekawie wyglądający namiot. Okazało się, że to lokalna demonstracja Kurdów. O tej nacji, z perspektywy Polaka, napiszę tak, że jest znany z dwóch rzeczy. Po pierwsze z terroryzmu prowadzonego przez bojówkę PKK, a po drugie z olbrzymiej gościnności i niezwykle przyjaznemu nastawieniu. Nieco sobie z Kurdami porozmawialiśmy, jako że w zeszłym roku wyprawiłem się w tamtejsze rejony (Irak Północny).

Meczet
Mężczyzna spotkany przy namiocie zaprosił nas na posiłek do jego kawiarni. Poszliśmy jednak dalej i obiecaliśmy mu, że spotkamy się może później. Po drodze z ciekawości weszliśmy do lokalnego meczetu Al-Rasheeda. Tyle u nas negatywnych wiadomości odnośnie muzułmanów w Skandynawii, więc chętnie chciałem pogadać z którymi z nich. Sposób w jaki islamiści organizują swoje centra kulturalne zagranicą i jak dbają o "swoich" mógłby wiele nauczyć europejczyków. W telegraficznym skrócie... wspierają oni swoich niemal :bezinteresownie", ponieważ widzą w tym profity ogółu. Jak ktoś jest zainteresowany tą kwestią, to zapraszam do lektury tutaj. Trzeba dodać, że świątynię, którą odwiedziliśmy ufundował jakiś szejk z Kataru.

Nieco później umówiliśmy się telefonicznie z "facetem z namiotu". Spodziewałem się, że prowadzi jakąś małą, obskurną kafeterię w bocznej ulicy. Okazało się jednak, że jego lokal to całkiem porządna kafejka w centrum wielkiej galerii handlowej. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że całkiem dostatnio mu się żyje. Dotarło to do mnie, gdy pokazał mi zdjęcie swojego Bentleya (?), którym wybrał się w długą podróż ze Sztokholmu do Turcji.

Biblioteka
Krótko i na temat. Mają tutaj bibliotekę, którą odwiedza podobno 0,5 mln ludzi rocznie. Nie wiem jak to policzyli, ale faktycznie ruch w środku jak na Marszałkowskiej. Filia jest też czynna 365 dni w roku!

Kozioł
Szwedzi, jak każdy inny naród mają swoje odchyły od normy. Jednym z nich jest niewątpliwie zwyczaj stawiania wielkiego kozła, który stanowi symbol miasta. Wykonują go z drewna i z siana. Wygląda to nieco jak ta rzeźba z filmu Miś. Kozioł stoi tak sobie zimą w centrum miasta, aż w końcu ktoś nie wytrzyma i go... podpali. W ostatnich latach zachował się tylko raz.



Śledź
Jednego wieczoru, w domu rodziców Hanny, zebrały się jej sąsiadki. Jedna z nich przyniosła tradycyjne, szwedzkie danie, bo przecież o to wcześniej prosiłem. Jakże mogłem być tak głupi.

Intrygujące danie.
(fot. scandinavianland.blogspot.se/)


Surströmming, bo tak nazywała się niespodzianka wieczoru, podany był na szczęście w towarzystwie różnych innych dań. Danie śmierdzi tak mono, że nie idzie wysiedzieć przy stole. Powód? Ta potrawa to po prostu sfermentowany śledź trzymany w puszce przez rok lub więcej. Puszka ma w sobie tak wielkie ciśnienie, że czasem wybucha i przez to linie lotnicze zakazały przewożenia tego przysmaku na pokładzie. Kto nie wierzy, może sprawdzić tutaj: Surströmming. Powiem tylko, że zapach jaki temu towarzyszył był ciężki do zniesienia. Lokalni czasem dla bezpieczeństwa otwierają to na podwórku... W życiu nie jadłem czegoś dziwniejszego, ale do odważnych świat należy. Nie było ostatecznie tak źle, bo jadło się tą rybę z chrupkim pieczywem, pomidorami, śmietaną i ziemniakami. Mimo to, na 100% nie wejdzie do kanonu moich przysmaków. Za to do gustu przypadł mi bardzo rewelacyjny Skärgårdssill i kawior, który je się tu często.


Inne potrawy
To już dużo lepsze! Łosoś!
(fot. http://www.123rf.com)
Hanna na poważnie wzięła sobie moje słowa, że kuchnia szwedzka nie jest pewnie zbyt rewelacyjna i próbowała zmienić moje zdanie. I tak przy pomocy łososia, który swoją drogą kosztuje podobnie jak w PL, podanego w towarzystwie sałatek zmieniłem nieco zdanie. Mama Hanny poprawiła daniem o nazwie Falukorv, które to jest kiełbasą wyrabianą z wędzonej wołowiny. Ogólnie mam wrażenie, że część potraw przypomina nieco rodzimą kuchnię. Pycha!

Tyle teraz niedługo dalsze wieści! Dodam więcej fotek ze swojego aparatu, jak znajdę kabel do niego.

niedziela, 17 listopada 2013

MISJA TUŁACZ: Poznajcie Hannę (Gavle, Szwecja)

Żeby się Wam pochwalić, jaki to jestem światowy i fejsbukowyi, to zdradzę, że siedzę teraz w Szwecji w Gavle, jakieś 140 km od Sztokholmu. Co mnie tu sprowadziło? Kilka lat wcześniej mieszkałem ponad 10 miesięcy wraz z paroma cudzoziemcami w przestronnym apartamencie na przedmieściach Stambułu. Wśród nich była Hanna z wspomnianego kraju Ikei.

Kilka dni tutaj posiedzę u niej na pewno i mamy w planie jakąś imprezę w Sztokholmie, może jakaś małą akcję artystyczną, degustowanie potraw stołu szwedzkiego, wycieczkę gdzieś na łono skandynawskiej przyrody i powspominanie starych czasów nad Bosforem przy kominku.

Żeby przybliżyć Wam - czytelnikom bloga, postać Hanny, dodaję link do filmiku, który sama zmontowała. Kiedyś wygrała konkurs na autorską reklamę dla jednego ze znanych biur turystycznych. Dzięki wygranej w konkursie, w zeszłym roku poleciała z koleżanką na tydzień do Dubaju. Tylko proszę bez komentów o kryptoreklamie! Prawdziwa z Hanny, jak to się mówi, krejzolka.

***

W czwartek wieczorem, prosto z dworca kolejowego pojechaliśmy do rodziców Hanny, po drodze kupując kebaby i pizzę. Z resztą później przepraszali mnie za to, że to fast food, a nie stół zastawiony szwedzkimi smakołykami. Szwedzki kebab był jednak bardzo smaczny i lepszy niż jego irlandzka wersja.

Alfons - członek rodziny.
W domu przywitali mnie jej rodzice mówiący płynnym angielski (z resztą jak każdy tutaj) i mały pies Alfons. Kiedy powiedziałem im co oznacza imię ich zwierzaka po polsku, to nieco się zdziwili.


***

Wioska rybacka i domek letniskowy

Statki w wiosce rybackiej.

Następnego dnia pojechaliśmy rano za miasto w kierunku północnym. Nie zapamiętałem nazwy miejsc, przez ten pokręcony język, ale jechaliśmy jakieś dobre 2 godziny lub więcej. Najpierw odwiedziliśmy wioskę rybacką, która wygląda przecudnie, choć na ulicach nikogo. Wszyscy pozamykani w ciepłych domach. Morze było nawet z małymi kawałkami lodu. Potem do kolejnej miejscowości pośród iglastych drzew. Jej rodzina ma tam domek letniskowy, który ma chyba z kilkanaście miejsc do spania i zbudował go jej dziadek w czasach młodości. Obok mała szklarnia z pomidorami i drugi miniaturowy domek wraz ze składzikiem. Zobaczyłem też bardzo urokliwie okolice, gdzie cywilizacja balansuje z przyrodą.

Blisko domku letniskowego.

Mały postój na łonie skandynawskiej natury.


Farma

Z domku letniskowego pojechaliśmy na farmę jej wujka, który hoduje świnie. Przyjechaliśmy akurat w momencie, gdy rozładowywano 250 świnek z ciężarówki do budynków. Niestety nie mogę opublikować zdjęć, bo sympatyczny właściciel o to poprosił. Obiecałem mu, to nie wrzucam. Nie będę mu, że tak powiem podkładać świni. Z ciekawych rzeczy, to usłyszałem, że kiedyś zawalił się im dach i mieli wtedy akurat około 1,5 tys. zwierząt u siebie. Ogromne straty, ale jakoś się pozbierali od tamtego czasu.

Co do farmy, to ku własnemu zdziwieniu sam trochę zacząłem się interesować rolnictwem, a właściwie wielkimi gospodarstwami. Uważam, że to niezwykle ciekawe, zobaczyć jak się tworzy żywność i najbardziej  zadziwiające są te olbrzymie, zmechanizowane obiekty. Jako chłopak z miasta ze zdumieniem odkryłem, że niektóre farmy, to właściwie małe fabryki.

Malowidła z poprzedniego stulecia.


Właściciel (wujek) pokazał nam jeszcze swoją posesję obok farmy. W jednym z pomieszczeń na ścianach zachowały się jakimś cudem malunki z 1841 roku. W kuchni pan farmer miał najbardziej poukładaną kolekcję przypraw jaką kiedykolwiek widziałem, ale to pewnie zasługa pani domu.

Dziadkowie

Hanna wraz z jej dziadkami.
Hanna zaplanowała w domu jej dziadków obiadek i składał się on z mięsa, ziemniaków, sałatek. W swoim krótkim życiu wieprzowinę jadłem tysiące razy, ale tak smacznego mięska nie pamiętam. Sekretem sosu był chyba jakiś hinduski sos z nutą chilli. Zdjęć nie ma, bo byłem zbyt głodny by bawić się w hipsterski zwyczaj fotografowania potraw. Na deser lody waniliowe z pieczonymi jabłkami posypane cynamonem.
Nie mogę nie wspomnieć o jednej rzeczy. Dziadkowie Hanny całkiem niedawno (bo już na emeryturze) polecieli pomagać w szkole... w Palestynie. Wyobraźcie sobie dwoje emerytów w okolicach strefy Gazy. Uświadomiłem sobie, że niejeden mój równieśnik(czka) ma mniej energii niż ci staruszkowie. Ich zdaniem bardzo dobrze robię, że jeżdżę po świecie póki jestem młody.

Jeszcze, żeby było ciekawiej... jej dziadek ma facebooka, a w domu na kanapie przeglądają sobie wiadomości na iPadzie. I to wszystko w wieku 86 lat!

Domowa pracownia ikon.
Jakby było mało babcia maluje ikony. I żeby było śmieszniej część z nich powstaje dosłownie tygodniami. Oprócz tego tworzy jeszcze obrazy, które są utkane z kolorowych nici. Zatem niech nikt mi nie mówi, że się nudzi i nie ma co robić. Tych dwoje starszych ludzi zachowuje się tak, jakby nie miało im starczyć życia, na wszystko co chcą zrobić.


Mecz
Zwieńczeniem dnia okazał się mecz Szwecja - Portugalia, który rozgrywany był w Lizbonie.  Skandynawowie wzięli to sportowe wydarzenie na poważnie i przed meczem pokazali dumne intro pełne narodowych symboli takich jak: koniki z Dalarny, znani hokeiści, samochód Volvo, czapka Wikingów, jakaś blondynka, logo Ikei i Pippi Langstrumpf. Ojciec Hanny był tak miły i uraczył mnie lokalnymi piwami. Niestety "nasi" przegrali i na mistrzostwach świata sobie raczej nie pograją. Narodowy bohater Zlatan niestety nie strzelił gola. Na dole filmik z youtube'a ze skrótami meczu.

sobota, 16 listopada 2013

MISJA TUŁACZ: Podróż do kraju Ikei (Irlandia - Szwecja)

Na początek: przeprawa do Skandynawii ;)


No i stało się! Opuściłem swoje miejsce w Irlandii i wyruszyłem podbijać świat. Droga na lotnisko w Dublinie obfitowała w małe niespodzianki. Pomimo, że byłem punktualnie na przystanku autobusym w Dundalk, to autobus nie wiedzieć czemu pokazał mi zderzaki. Musiałem go gonić, ale na szczęście kierowca zatrzymał się. W środku poznałem przyjaznego Hindusa, który opowiedział mi nieco o swoim życiu, choć wcale go o nie nie pytałem. Na lotnisku standardowo... odprawa bagażu, przejście przez bramki ochrony, a potem w kolejce czekanie na wejście na pokład. Linie SAS (Scandinavian Airlines) niczego sobie i stewardessy, jak zwykle tryskające pozytywną energią. I tak znalazłem się o to w kraju stylowych mebli i blondynek i Saabów.

Ten widok podobno też się nudzi po czasie.



Po wylądowaniu i odebraniu bagażu, chciałem złapać stopa do miasta Gävle (wym. jewle), w którym mieszka Hanna. Po jakiś dobrych 40 minutach stania przy małej wylotówce obok kompleksu lotniska, zrozumiałem, że to się nie uda... Powód? Gdy wylądowałem o 16 było już całkowicie ciemno. Nie przewidziałem, że zmiana czasu o jedną godzinę, aż tak na to wpłynie. Zatem stanie przy drodze z kartonem z napisem Gävle niewiele dało. No i dowiedziałem się, że Szwedzi są raczej z natury dosyć nieufni.

Samojebka na ciemnym parkingu przed lotniskiem
w Arlandzie, czyli nieudolna próba autostopu.


Ostatecznie słono zapłaciłem za pociąg, ale inne opcje były taka, że śpię na lotnisku albo Hanna po mnie przyjeżdża, a nie chciałem być nazbyt wymagający. Co prawda pociąg, nijak się ma do mojego backpackerskiego stylu podróżowania, ale tak to bywa. Pierwszym jednak pozytywnym zaskoczeniem był słynny skandynawski styl wystroju, który uwidocznił się już na stacji kolejowej w Arlandzie. Wszystko w stonowanych kolorach, sporo drewna i raczej powściągliwość w zdobieniach - pełna estetyka i radość dla oka. 

Stacja kolejowa w Arlandzie. Pełna estetyka.
Źródło: arskortguldsj.wordpress.com
W skrócie: od momentu, gdy Hanna odebrała mnie ze stacji kolejowej Gävle Central (nomen omen wielkim Saabem jej ojca), wydarzyło się tak sporo rzeczy i tyle ciekawych ludzi poznałem... Tyle do opisania, że podzielę się tym w następnych postach. Hälsningar!

sobota, 9 listopada 2013

MISJA TUŁACZ: Pakowanie (Dromiskin, Irlandia)

Pakowanie to koszmar dla wielu ludzi. Dla mnie po części również, chociaż robiłem to już setki razy. Z jednej strony jest to uciążliwe, ale ma też swoje przyjemne korzyści. Nawet lubię się przenosić  z miejsca, na miejsce, bo człowiek nie przyzwyczaja się przez to do wielu rzeczy materialnych. Przeprowadzki w ogóle są fajne, bo dochodzi się do wniosku, że niewiele do życia potrzeba i niewiele klamotów, które gromadzimy są realnie potrzebne. Niesamowite antykonsumpcyjne oczyszczenie.

Jeszcze trochę mi zejdzie.

Jako, że (bezpowrotnie) opuszczam Irlandię podzieliłem swój dobytek na kilka sekcji: jedzenie, ubrania, sprzęt do malowania. Uzbierało się trochę tych fantów. Nie opłaca mi się wysyłać ubrań i niektórych rzeczy do domu w Bydgoszczy, więc pakuję i chowam. Jak wrócę do Irlandii to ogarnę. Jak nie wrócę. Trudno. Ubrania i rzeczy osobiste można dokupić wszędzie. Najwyżej poproszę swoją landlordkę o wysłanie mojego aerografu i sprężarki. Obiecała na razie, że wszystko bezpłatnie mi przechowa.

Ostatnim razem, taki manewr z pakowaniem w kartony zrobiłem w Turcji. Miałem wrócić do kraju kebaba, po zimowej przerwie w Polsce, ale życie zaserwowało mi co innego. W rezultacie mam teraz w Stambule kilka kartonów swoich rzeczy, których zapewne nigdy nie odbiorę. Spośród tych trzech kartonów opłakuję tylko elegancką, niebieską koszulę ;(

***

Dzisiaj przyjeżdża Łukasz, ziomek z Bydgoszczy. Ostatnim razem widziałem, go w Dublinie z jego dziewczyną Turczynką. Na pewno jakiś wypad na piwo się szykuje do baru. Pora się żegnać z Zielona Wyspą i emigranckim chlebem, który ostatecznie zły nie jest. Irlandia jest, jak wspomniałem, piękną macochą.

Ostatnia ustawka z Łukaszem i jego turecką dziewczyną w Dublinie.


Jakby było mało emocji, to w ostatni dzień w pracy uległem wypadkowi, przez który omal nie straciłem kciuka.  Przypadkowo został zakleszczony w mechanizmie wózka widłowego. Na razie palec się goi, ale nie jest w 100% sprawny. Czas pokaże. Trochę się przestraszyłem tym wszystkim, bo sprawna lewa ręka jest niezbędna, na co dzień.

Dobre chwile w Irlandii.

Czasem można wypić. Ja tam lubię



Aha… Kupiłem bilet do Szwecji (Dublin – Sztokholm), w promocji za 355 zł. Żadna, to w sumie okazja… W czwartek lecę. Do tego czasu żyję na walizkach i kartonach. W planie jeszcze dużo rzeczy do ogarnięcia typu wizy, sprawdzenie połączeń autobusowych itd...