Jak już co niektórzy wiedzą przeniosłem się ze Szwecji nieco dalej na wschód tj. do Tallinna. Żeby było śmieszniej miałem przesiadkę dwugodzinną przesiadkę w Rydze, przez co podroż zajęła mi niemal cały dzień. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że popełniłem błąd i trzeba było dobrze poszukać jakiś tanich rejsów na linii Sztokholm - Tallinn, ale teraz już nieco za późno na takie refleksje.
Moja koleżanka Katre odebrała mnie z lotniska i pojechaliśmy do jej mieszkania blisko dzielnicy Pelgulinn. Ciekawie mieszka, bo w okolicy trakcji kolejowych, a te tereny w każdej części Europy mają swój niepowtarzalny klimat.
Nie będę opisywać każdego dnia po kolei, bo chyba taki podział by nic nie wniósł, ale luźno spiszę ogólne wrażenia.
Szybki rzut oka
Estonia wygląda na ciekawy remix skandynawsko-rosyjski. Ludzie ciekawi, mili i zainteresowani kulturą, ale jednocześnie nieco z pozoru chłodni i introwertyczni. Sama stolica niezwykle śliczna i przypomina nieco Wilno, ale w wersji deluxe. Nie dziwię się zachwyconym ludziom, którzy spędzili tu swoją wymianę. Miasto, choć odosobnione od Europy ma duży współczynnik informatyzacji i społeczeństwo jest na wysokim poziomie rozwoju. Zaskakujące, ale ceny w sklepach nie odstępują tym na zachodzie Europy, czego nie można powiedzieć o pensjach.
Perła Bałtyku
Liczne kościoły, cerkiew Aleksandra Nevskiego i gotycki ratusz (rzadkość!) zdobią cudnie starówkę, która jest niemal w każdy weekend miejscem inwazji turystów, głownie z pobliskich Helsinek. Bogaci Finowie przyjeżdżają tutaj w poszukiwaniu uciech, podobnej do rodzimej kuchni, taniej wódki i papierosów. Ja osobiście polecam odwiedzić Tallinn, zwłaszcza zakochanym parom szukającym urokliwego miejsca na weekend.
Przerażająca dzielnica
Plaża na Kopli.
Nieco na obrzeżach miasta znajduje się ciekawe miejsce o nazwie Kopli. Urządziliśmy tam sobie z Katre długi spacer. Jest to dzielnica położona nad morzem, która obecnie jest zrujnowana i niemal całkowicie opuszczona. Część budynków zajmuje biedota, część bezdomni. Sporo tam podobno napadów i kradzieży, a większość budynków prędzej czy później zostaje spalona przez jakąś osobę, która nieumiejętnie ogrzewała pomieszczenia. Wraz z zapadaniem ciemności odczuwałem nie tyle przerażenie, co szczere współczucie w stosunku do ludzi, którzy tam mieszkają. W ostatnich latach miasto ogłosiło przetarg, za śmiesznie niskie tamtejszych gruntów. Po długim czasie całe miejsce zdecydował się kupić pewien Brytyjczyk. Ciekawe co tam powstanie, ale wcale bym się nie zdziwił gdyby za kilka lat postawiono tam luksusową dzielnicę willową.
Zupa z łosia
Jak zwykle ciekawostka: na tallińskiej starówce można spróbować lokalnego rarytasu - zupy z łosia. Nie mogłem nie wykorzystać takiej okazji. Sama knajpa tajemnicza i pogrążona w ciemnościach. Słabo oświetlona, jedynie światłem świec i jakiś lampionów. Panuje tam niesamowity, średniowieczny klimat. Nie dostałem nawet łyżki do zupy, bo w tej knajpie (Dragon) się tak nie je. Oprócz zupy z łosia było jeszcze sporo innych rarytasów. W sumie nie wiem, czy to nie banalna pułapka na turystów, ale lokalni mówią, że nie. Zupka smaczna, nieco tłusta i przypomina nieco w smaku i konsystencji leczo. Temat jest w ogóle nieco kontrowersyjny, bo krążą opinie, że na zupę szkoda łosia. Faktycznie ciężko sobie wyobrazić myśliwego rozpruwającego zwierzaka na tak banalne danie.
Zupa z łosia, nie dla łosi.
Na koniec satyryczny klip muzyczny, który tłumaczy pokrótce, jak to jest być Estończykiem. Filmik niesamowicie przypadł mi do gustu, bo widać, że tutejsi mają dystans do siebie samych.
Dzięki zaradności Hanny zostałem zaproszony do jej szkoły, aby poprowadzić z dzieciakami krótkie warsztaty na temat graffitti. Sam fakt, że w liczącej 28 uczniów klasie, może 6 maksymalnie była biała, nieco mnie zadziwił. Każdy z dzieciaków miał dosłownie inne rysy twarzy: od Latynosów, przez Hindusów, Turków, Afrykanów (z każdej części), po Azjatów w chińskim wydaniu. Delikatnie mówiąc, dziwna sytuacja i nawet wytłumaczyłem wszystkim, że polskie szkoły wyglądają inaczej, tj. bardziej homogenicznie.
małe warsztaty z dzieciakami
Dzieciaki bardzo spoko, choć niektórzy nieco zbyt naładowani energią. Nie mniej, wysłuchali tego co miałem do powiedzenia i po części teoretycznej, pokazałem im jak używać farby w spraju na dyktach przed szkołą. Co ciekawe, dziewczęta miały dużo większy talent do tagowania, niż chłopacy. Ogólnie motyw warsztatów był taki, że młodzież może wykorzystać swoje talenty w mniej destrukcyjny sposób i coś tym samym w życiu osiągnąć. Przeszła mnie taka refleksja, że zamiast lansować się na facebooku, gdzie to ja nie jeżdżę i jakiego to ja nie mam cudownego życia, mogłem przy okazji w szkole przekazać dzieciakom coś pozytywnego.
Potem na jednym ze szkolnych korytarzy namalowałem kilka twarzy. Ścianę kończyłem następnego dnia nieco wieczorem. Swoją drogą pierwszy raz nie martwiłem się zbytnio doborem kolorów, przez co na jaw wyszedł nieco mój daltonizm. Efekty macie na zdjęciach.
część szwedzkiej klasy
Przy okazji... Bufet w szkole zasługuje na miano parogwiazdkowej restauracji. Siedem surówek do wyboru robi swoje! Aczkolwiek dla Szwedów to norma. Nawet nie chciałem się dzielić wspomnieniami z moich wypadów do "wielkogarowej kuchni". Polskie stołówki nie są złe, ale zdecydowanie nie pozostawiają szerokiego wachlarzu wyboru dla maruderów.
ścianka na korytarzu w szkole
Jak zwykle mała ciekawostka. W szkole pracuje polski wuefista z Wrocławia, który siedzi już w Szwecji 32 lata. jak dla mnie miły, rodzimy akcent! Były zapaśnik opowiedział mi kilka ciekawych rzeczy o tym kraju i o swoim życiu i o tym, jak przypadkowo się tu znalazł, gdy w 1981 roku, w Polsce wybuchł stan wojenny. Ucieszyłem się, że mogłem spotkać rodaka.
Dzień zakończyłem z poczuciem, że zrobiłem coś wartościowego i altruistycznego.
Pobyt w Szwecji, nie mógłby być kompletny bez wizyty w stolicy, w Sztokholmie. Jak powiedziała Hanna: "jest to jedno z najpiękniejszych miast na świecie". Gdy tam dotarłem pierwsze wrażenie rzeczywiście było niesamowite. Drugim spostrzeżeniem była wszędobylska drożyzna.
Zamek Królewski wygląda tak.
Nie powinienem być jednak zaskoczony, bo już dawno zauważyłem pewną zależność. Mianowicie jeśli woda z kranu jest w danym państwie zdatna do picia, to z reguły jest ono stosunkowo drogie. Zdarza się kilka wyjątków, ale generalnie tak to widzę.
Zmiana straży przy Zamku Królewskim.
Szwedzi podobno konsumują najwięcej energii w przeliczeniu na mieszkańca, ale ciężko się dziwić. W domach, które odwiedziłem niektóre lampy i urządzenia są włączone przez całą dobę. Także i w stolicy było widać, ze wiele witryn, wejść i holów, a nawet całych gmachów było bardzo intensywnie oświetlone.
Lansiarskie koszulki.
Nie będę się rozwodzić na temat miasta, bo jeden dzień to za mało na jakieś opinie. Nie mniej zauważyłem, że po pierwsze jest bardzo czysto. Po drugie dużo ścieżek dla rowerzystów. Zobaczyłem okolice starego miasta (Gamla Stan) i parę innych atrakcji, w tym ciekawie wyglądającą zmianę warty przy wejściu do Zamku Królewskiego punktualnie o 12:15.
Gdy zaczyna się ściemniać, robi się jeszcze piękniej.
Z ciekawostek, to w poszukiwaniu taniego fastfoodu w stolicy poszedłem do jakiejś arabskiej knajpy. Za 40 koron szwedzkich, czyli nasze 20 zł, dostałem paskudną bułkę z cebulą i papryczkami. No, a falafel w środku się rozpadał. Porażka... ale jak to mawia moja mama: "chytry dwa razy traci".
Sztokholm ma też kilka hosteli, które zostały nagrodzone tytułem jednym z najlepszych w Europie. Z ciekawości odwiedziłem kilka. Nie wiem skąd te zaszczyty, bo po za kapitalnym i gustownym wystrojem nie miały w sobie nic specjalnego. Z drugiej strony, nie nocowałem tam, więc do końca nie wiem.
Zamiast pisać, co to nie zwiedziłem wkleję po prostu kilka zdjęć.
W pociągu powrotnym, który notabene był kurewsko drogi, spotkałem o dziwo dwoje Polaków. Co ciekawe, nie przysłowiowi pracownicy ze zmywaka, a ... pracownicy naukowi na uniwerku. Kolejna miła niespodzianka. Ciężarna dziewczyna, której imienia niestety nie pamiętam, przyjechała do Uppsali na "pół roku" i tak już siedzi ponad siedem lat. Aczkolwiek co się dziwić przy naszych zarobkach w PL.
Jak dla mnie, czyste piękno.
Sztokholm. Podsumowując... zimno, drogo, ale pięknie!