środa, 16 kwietnia 2014
środa, 9 kwietnia 2014
MISJA TUŁACZ: Świątynie Kamasutry część 1 (Khajuraho, Indie)
Dziewczyna w sari
Wieczorem, gdy w pociągu zrobiło
się cicho, pusto i ciemno czułem, że jestem u kresy podróży. Zza sąsiedniego
przedziału usłyszałem wtedy w ciemności damski głos:
- Hej! Jestem tutaj…
- Hę? – zdziwiłem się.
- Po ile kupiłeś tę samosę?
- Co?
Dopiero po chwili zrozumiałem
skąd dociera głos. Obejrzałem się w tamtą stronę i zobaczyłem dziewczynę siedzącą
po turecku na dolnej pryczy. Siedziała tak w obszernych szatach, które kolorystycznie
przypominały mundur żołnierza Bundeswehry. Wyglądała nieco mistycznie w tym
półmroku w dziwnej pozie. Podróżowała sama, co nieco mnie zdziwiło.
Francesca, bo tak miała na imię
dziewczyna włóczyła się po Indiach przez parę miesięcy, chociaż, jak wspomniała
mieszka od jakiegoś czasu w Jaipurze, gdzie pomaga prowadzić jakiś charytatywny
ośrodek wraz z kawiarnią. Opowiedziała też kilka historii pokrywających się z moim przeczuciem, jak to kilka "ciapatych" chciało ją zgwałcić. Potem długo mówiła o życiu w Neapolu, Rzymie i o swojej rodzinie i pracy.
Czas przy dyskusji minął
niezmiernie szybko i zanim się zorientowaliśmy pociąg dotarł do swej docelowej
stacji. Po wspólnej rozmowie, Francesca i ja przypadliśmy ku sobie i
stwierdziliśmy, że nie musimy się rozdzielać i znajdziemy razem jakiś hotel. W
końcu razem raźniej… Po za tym nie miałem jej serca zostawiać samej bez
pieniędzy na pastwę losu w nieznanych Khajuraho. Karma gdzieś nas potem
wszystkich dopadnie...
Gdy tylko wyszliśmy na peron
dopadło nas kilku hotelarzy i riksiarzy, którzy nie odstępowali nas na krok. Jeden
z nich oferował podejrzanie dobrą ofertę. Wspominał o pokoju z wifi, małym
ogrodem i … ciepłym prysznicem.
- Ciepły prysznic? – spojrzała na
mnie Francesca.
Tu w Indiach, dla backpackera
brzmiało to wręcz luksusowo. Ja nie pamiętałem ciepłego prysznica, od momentu
wylotu z Polski. Zgodziliśmy się.
| Francesca |
Ja i tak podświadomie
spodziewałem się jakiegoś podstępu, gdy taksówkarz wiózł nas niezmiernie długo…
bo dobre 10 minut. Starałem się zapamiętać trasę i nie spuszczałem oka z
bagażu. Włoszka zaś nie wyglądała na zestresowaną i gaworzyła z taryfiarzem i
naganiaczem z hotelu. Dookoła puste drogi i żadnych większych zabudowań.
Odkryłem, ze Khajuraho to jakaś dziura.
Gdy riksza zatrzymała się przed
solidną metalowa bramą okazało się, że nikt nas nie oszukał. Hotel,
rzeczywiście był tak wspaniały jak nam obiecywano.
Do wejścia poprzez dobrze
utrzymany trawnik, prowadził długi chodnik co nadawało hotelikowi wrażenie
większego i luksusowego. Dostaliśmy z Włoszką piękny i czysty (sic!) pokój z
białą pościelą, łazienką i wyjściem na ganek.
| Obraz w naszym pokoju. "A good beggining makes a good ending". |
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na
recepcji spotkałem Japończyka, którego dzisiaj rano poznałem na peronie w
Agrze. Nie był wtedy zbyt rozmowny i w pociągu nie spotkaliśmy się, bo chyba
wolał przespać całą podróż. On zaś zdumiał się jeszcze bardziej. Jako, że wraz
z Włoszką było nas już troje „znajomych”, to na stół wylądowała polska żubrówka.
| Pan Omaha prezentuje swój japoński przewodnik po Indiach. |
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Masala Czaj, czyli esencja Indii
| Masala Czaj w swojej charakterystycznej barwie. |
Jako, że niedawno tj. w styczniu byłem w Indiach wstawiam przepis na coś co podbiło moje kubki smakowe. Chodzi o herbatę masala, która jest narodowym napojem i codziennie wypija się jej hektolitry. Podczas swojej podróży spróbowałem jej chyba w conajmniej stu miejscach, bo można ją kupić praktycznie na każdej stacji kolejowej czy ulicy. Z czego się składa? Oto trzy główne składniki:
Mleko - pomimo, że w naszej kuchni używa się chudego mleka, najlepiej jest zastosować to tłustsze. Powód jest prosty. Tłuszcze sprawiają, że naturalne związki chemiczne zawarte w przyprawach, lepiej się rozpuszczają, a przez to herbata ma w finalnej fazie bardziej intensywny aromat. Z tej samej przyczyny możemy nawet dodać nieco masła.
Herbata - musi być czarna i mocna, aby "przebić się" przez liczne aromatyczne dodatki w postaci przypraw. Ja mogę polecić Assam lub Darjeeling, ale koniecznie sypaną. Od biedy można ją zastapić jakimiś mocnymi Earl Greyami.
Masala ( मसाला चाय) - ostatnie i najważniejsze, decydujące o smaku i aromacie całego napoju. Masala po hindu oznacza przyprawy lub też mieszankę przypraw. Przepisów na masala czaj jest mnóstwo, niemal tyle co hinduskich rodzin, bowiem receptury są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Generalnie jednak powinny się w niej znaleźć imbir, kardamon i cynamon.
Czas przygotowania: około 15 minut
Tutaj przepis mojego autorstwa:
- Przyprawy (kardamon, cynamon, pieprz czarny, goździki, imbir) mielimy w moździerzu.
- Dorzucamy do garnka i gotujemy na średnim ogniu wraz z herbatą.
- W drugim garnku gotujemy mleko i cukier*.
- Następnie wlewamy wszystko do dzbanka (czajnika) przecedzając przez sito.
Celowo nie podałem proporcji, gdyż powinno to wyjść w procesie prób i błędów, wedle własnego upodobania. Osobiście daję mleko i wodę w proporcji 1:1.
*Mała uwaga: zamiast białego cukru, można użyć miodu lub cukru trzcinowego.
Na koniec odbrobina historii w ramach wyjaśnienia, dlaczego Hindusi piją tak specyficzny napój. W czasach panowania Imperium Brytyjskiego na ziemiach Półwyspu Indyjskiego, herbaty praktycznie nie znano. Anglicy wprowadzili ją, prawdopodobnie z chęci zysku z ogromengo rynku zbytu i założyli tam plantacje herbaciane. Biednych Hindusów nie było jednak stać na ten rarytas, więc zaczęli małą ilość herbaty nadrabiać i wzmacniali wywar ostrymi, korzennymi przyprawami.
wtorek, 1 kwietnia 2014
MISJA TUŁACZ: Znowu przez Indie (Khajuraho, Indie)
Znów przez Indie
Ze sporym uczuciem ulgi udałem się pociągiem z Agry w kierunku
miejscowości Khajuraho, o której niezbyt wiele widziałem. Jak na złość nie
udało mi się złapać nocnego połączenia, a szkoda bo liczyłem, że zaoszczędzę na
noclegach. Tymczasem jedyny bilet jaki dostałem przy zatłoczonej kasie zakładał
całodzienną podróż i ponownie przyjazd na miejsce wieczorem, co już na początek
dnia nastawiało mnie negatywnie… Niewiele wiedziałem o tym miejscu i kupiłem
tam bilet w zasadzie dlatego, bo inne destynacje były już byt oblegane
(zwłaszcza słynne Waranasi), a w Agrze na pewno zostać nie chciałem.
W długim składzie wagonów, jak to w Indiach, gwarno, wesoło i dziwnie. Chociaż
zdążyłem się już jako-tako zaklimatyzować. Znowu przewijały się babki w
dziwnych ubraniach z wiadrami po farbie pełnymi jedzenia, tragarze z łańcuchami
i gwizdkami, a na podłodze przebiegały małe myszki pośród narastającej góry
śmieci. Przez zakratowana okna było widać raczej monotonny krajobraz… palmy, pola,
szkoły, pola, znowu palmy, jakieś bagna, dzieci biegające przy torowiskach,
krowy…
| pociągowy handel kwitnie |
W moim wagonie, który stanowił z resztą chyba 1/20 całego składu
zagnieździła się grupa Koreańców w ramach zorganizowanej wycieczki. Wyglądali
raczej komicznie, ale przynajmniej byli mili. Próbowałem z nimi nawiązać
kontakt, ale generalnie po kwadransie rozmowy, odkryłem, że raczej się peszą,
więc odpuściłem i poszedłem na swoją pryczę dokończyć omlet zamówiony na
stacji.
| jedna ze stacji |
***
Samosa od rodziny
Nieco później, w którymś momencie podróży poznałem rodzinę z prowincji,
kiedy jeden z mężczyzn zaczął mnie nieśmiało zagadywać. Niestety nie znał zbyt
wielu słów po angielsku przez co obydwaj musieliśmy się mocno namęczyć przy
komunikacji. Dowiedziałem się tyle, że bieda aż u nich piszczy. Chwyciło mnie
za serce i zacząłem się dzielić swoim prowiantem, w tym krówkami przywiezionymi
z Polski. Hindus skrzyknął swoją rodzinkę i po chwili nie byłem już sam na
swojej pryczy. Rozmowa na migi mnie męczyła, ale jakoś odczuwałem z niej
radość. Dorośli wpatrywali się chyba przez pół godziny w ulotkę promocyjną
Bydgoszczy, choć i tak wiele, po za zdjęciami, z niej nie rozumieli. Dzieciaki
zaś były w szoku, że wiozę ze sobą tyle elektroniki tj. komputer, aparat i
telefon. W dodatku mam swój markowy śpiwór i plecak. Na pewno jestem
niesamowicie bogaty.
| sztama z rodzinką |
Nasze spotkanie było śmieszne, kontrastowe, groteskowe i przy tym
wszystkim smutne. Na pewno różniło nas więcej niż łączyło i bałem się, że fakt,
iż mnie poznali stanie się tylko gorzkim odbiciem własnej biedy.Za każdym
razem, bowiem gdy mnie pytali o podróże, wspominali ciężko, że sami by chcieli,
ale nie mogą. Dzieciaki ich były jednak zadziwiająco grzeczne i ułożone. „Gadaliśmy”
tak na migi kilka godzin. Pokazałem im oprócz swojego ekwipunku, nieco zdjęć na
laptopie, flagę i… monety z mojego kraju, bo niezmiernie ich, to ciekawiło.
Na sam koniec, gdy rodzina wysiadała zostawiła mi swój adres i
zaprosiła do siebie na wieś. Kto wie? Może kiedyś odwiedzę. Stali tak na
peronie i kiwali. Wszyscy. Cała siódemka. Nagle przypomniało im się, że
wspominałem o tym, że zjadłbym sobie samosę i szybko, pomimo moich protestów
kupili i podali mi przez okno. No, a przecież wspominali wcześniej, że naprawdę
nie mają pieniędzy. Wzruszył mnie ten gest niesamowicie i po odjeździe długo
siedziałem na pryczy zastanawiając się, skąd w takich prostych, biednych
ludziach bierze się tyle dumy i siły do życia?
| chory pies na peronie |
czwartek, 9 stycznia 2014
MISJA TUŁACZ: Tadż (Agra, Indie)
Z przyjemnego Jodhpuru udałem się do miasta Agra, które znane jest przede wszystkim z obecności słynnego Tadż Mahal, jednego z cudów świata.
| Tadż Mahal i para poznanych Australijczyków. |
Agra mieści się w stanie Uttar Pradesh i jest oddalona o jakieś 630 km od Jodhpuru. Podróż tam zajęła mi tam aż 11 h. Cena biletu była przystępna, bo zaledwie 14,60 zł, ale przeszkadzał mi fakt, że pociąg wlókł się niemiłosiernie wolno, jakby miał nigdy nie dojechać. Nie w smak było mi szczególnie to, że dotarłem na miejsce w nocy. Nienawidzę przyjeżdżać gdziekolwiek po nocy, bo rodzi to rozmaite problemy, a zwłaszcza w kwestii znajdowania „schronienia”. Tak było i tym razem. Taksówskarska mafia złożona z najgorszych chyba ludzi jakie Agra miała, otoczyła mnie już na peronie witając sztucznie grzecznym zawołaniem:
- Hello sir! Welcome In Agra. Taj Mahal hotel?
Zbywałem ich tak w wyćwiczony już sposób, co wcale nie wyszło mi ostatecznie na dobre. Musiałem się targować o cenę i to długo, aż wreszcie stanęło na 300 rupiach, co i tak było słoną opłatą. Inni taksówkarze uparli się jednak i była to najniższa cena możliwa do wywalczenia. Już na wstępie nie polubiłem Agry.
Zmizerniały taryfiarz zaniósł mi plecak do swojej motorikszy, a młody pomocnik tylko pogardliwie na mnie spoglądał. Oczywiście zaraz zaczęła się żałosna litania o tym, że żona mu zmarła i został sam z 7 dzieci. Teraz musi je karmić i chować, a ta riksza to jego jedyny dochód. Przejazd mi się nie podobał i miałem wrażenie, że zaraz mnie gdzieś wywiozą w ciemnogranatową, indyjską noc i już nie wrócę do Polszy.
Hotel Omega
Jak się okazało nazwa mojego przybytku nie była przypadkowa. Na początku greckiego alfabetu jest bowiem alfa, a na końcu jest omega. I właśnie tam (na końcu) się znalazłem. Wejście do hotelu ulokowane było obok, a właściwie dosłownie pod mostem i blisko, jak podpowiadały nozdrza, jakiegoś otwartego szamba. Gdzieś w mroku plątały się dzieciaki kopiące puszki.
Na recepcji sami wąsaci dżentelmeni, którzy zdawali się nie przejmować obskurnością przybytku i latali wokół mnie jak w luksusowym resorcie próbując mi wcisnąć dwukrotnie droższy pokój „deluxe”.
Nie jestem typem lalusia hotelowego. Chociaż zdarzało mi się bywać w ***** kurortach, nigdy nie oczekuję od noclegu w podróży niczego więcej niż minimalnej higieny i wygodnego posłania. Ani jednego, ani drugiego w swoim zamykanym na kłódkę pokoju nie otrzymałem. Pokój był zapuszczony i po prostu brudny, łącznie z pościelą. Paskudnie brudny, niczym stara, zapomniana piwnica. Łóżko zaś było łóżkiem, ale chyba w poprzednim życiu. Teraz był to raczej stelaż z desek i płyt, wraz z kocami.
W łazience oprócz brudu panoszyła się też plaga komarów, które na szczęście szybko uciekły, gdy pokryłem ściany grubą warstwą deet-a.
To była zimna noc, w którą to, hotel Omega otrzymał ode mnie zaszczytny tytuł najgorszego miejsca w którym spałem kiedykolwiek.
| Okolice mojego hotelu. |
Czym właściwie jest słynny Tadż Mahal?
Nazajutrz rano obudziłem się wyjątkowo wcześnie i od razu uderzyłem w kierunku słynnego Tadż. Recepcjonista próbował zaoferować mi wynajęcie rikszarza na cały dzień, ale ja uparłem się tylko na przejeździe do okolic Tadż Mahal i tyle. Był niepocieszony, bo przecież tu „tyle do zobaczenia”.
Całe szczęście, że dotarłem wcześnie, bo nie było jeszcze tłumu turystów. Wstęp kosztował „jedynie” 750 rupii (40 zł) dla mnie jako turysty. Jako ciekawostkę dodam, że dla Hindusa ten sam bilet kosztuje 20 rupii (1 zł). Po przejściu przez bramki dotarłem do kompleksu ogrodów. Powietrze było stosunkowo zimne i pomimo grubej bluzy i kurtki chłód drażnił moje ciało. Gdy tylko przeszedłem przez jedną z czterech bram dopadli mnie pseudo-fotograficy. Jeden z nich uparł się, że porobi mi kilka zdjęć, bo i tak nie ma nic do roboty. Zgodziłem się, ale bez jałmużny. Po kilku fotkach, gdy już chciałem swój aparat z powrotem dziad zawołał 200 rupii na co się wkurzyłem. Zaklął coś pod nosem i odwrócił się na pięcie.
Sam Tadż Mahal spowity w porannej mgle nie był najbrzydszy, ale legenda w jaką obrósł jest mocno przesadzona. Marmurowy kompleks jest śliczny, ale nietakt spektakularnie zachwycający, jak chociażby Blue Mosque w Stambule.
| Małpy bywają tam wyjątkowo obrażalskie. |
Co o uwielbianym przez Hindusów Tadż Mahalu wiadomo? Jest to budowla uznana za jeden z siedmiu cudów świata ze względu na wyjątkowe piękno, a jej głównym atrybutem jest miłość i pasja.
Powstała po tym, gdy żona cesarza Szahdżahana (z Wielkich Mogołów) zmarła rodząc czternaste dziecko.
| Tadż nie jest znowu taki duży. |
W pobliżu legendarnego obiektu panuje bieda, ale w szaroburym indyjskim wydaniu. Bieda w Bombaju była żywa i wciąż skora do walki o byt i na swój sposób czasami dostojna. Tu, w Agrze, bieda to bieda – paskudna i skontrastowana z turystycznym przemysłem. Sama turystyka w Agrze przypomina raczej działanie grzyba pasożyta niż zdrowej symbiotycznej wymiany.
Najbardziej w porządku w stosunku do turystów zachowują się chyba tylko małpy z parku w części Clean Agra.
Najbardziej w porządku w stosunku do turystów zachowują się chyba tylko małpy z parku w części Clean Agra.
| Część kompleksu Tadż Mahal spowita w porannej mgle. |
Francuzi
Dwóch gości spotkanych w gwarnej i biedniejszej części miasta odmieniła mój dzień. Jeden Francuz z Francji, a drugi Francuz z Kanady, też podróżowali z plecakami po Indiach. Mieli dokładnie taki sam styl włóczenia się po tym kraju jak ja, przez co szybko przypadliśmy sobie do gustu. Oni akurat też rozglądali się za opcją na śniadanie. Wybraliśmy banany i mega ostre pakory i samosy od ulicznych sprzedawców.
Powłóczyliśmy się trochę po „zwykłych” ulicach miasta, które okazały się niezwykłe, a na pewno dużo ciekawsze niż sam Tadż. Zwłaszcza zakątki, w których otaczała nas miejscowa ludność, wliczając w to dzieciaki. Gdym ich nie spotkał, z wypadu do Agry nie przywiózłbym miłych wspomnień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
