czwartek, 14 sierpnia 2014

Wyprawa do kurdyjskiego Iraku (część 1)

Jako, że siedzę w Irlandii i moje życie jest obecnie mało podróżnicze wstawiam odgrzewany kotlet, czyli artykuł napisany na podstawie mojej wizyty w Iraku w 2011 roku. Dla niezaznajomionych z tematem: poleciałem samolotem ze Stambułu do Antalyi, a następnie około 1700 km autostopem do Irbil w Iraku. Oto artykuł napisany na bazie tamtejszego wypadu.

NUDNO W KURDYJSKIM IRAKU
Irak otrzymał brzydką łatkę niebezpiecznego kraju za sprawą licznych zamachów i wojen. Tymczasem jego północna część to bardzo spokojne miejsce z mozaiką kilku ciekawych kultur. To także podnosząca się z upadku piękna kraina, która skrywa w sobie kilkutysięczną historię.

TEKST I ZDJĘCIA: MATEUSZ BAMSKI

Herêmî Kurdistan, czyli autonomiczna część północnego Iraku to obecnie niemal samodzielny region. Pierwsze prawa Kurdowie otrzymali od irackiego rządu po latach walk w 1970 roku. Aczkolwiek realną swobodę uzyskali dopiero trzydzieści lat później. Obecnie Iracki Kurdystan nie jest wciąż oficjalnie uznany za niepodległy. Ludzie mówią głównie tu trzema językami: kurdyjskim, arabskim i asyryjskim (neoaramejskim). Populację szacuje się na około 4,5 miliona.
Tak. To radiowóz.

Do kurdyjskiej części Iraku jako obywatele kraju członkowskiego UE możemy wjechać bez wizy na okres 10 dni. Nie jest to informacja zbyt rozpowszechniona. Nie wiedzą o tym, o dziwo Iraccy konsulowie w Stambule. Tymczasem jedyne co potrzebujemy to ważny paszport. Granicę pokonałem rozklekotanym mini-busem, który stanowił taksówkę. W Silopi właściwie naganiacze znajdują nas sami. Szczęśliwie miałem okazję pojechać za darmo dzięki mojej jasnej karnacji. Przyznam, że w Europie nigdy nie spotkałem tak uprzejmego taryfiarza. Tym miłym akcentem przywitałem się z zakurzoną ulicą nieopodal wjazdu do miasta Zakho.
Wokół etymologii krąży wiele teorii. Jedna z nich głosi, że powstała od aramejskiego słowa „Zakhota” oznaczającego zwycięstwo. Inna zaś mówi, że nazwa pochodzi od kurdyjskiego „Zey- Khowin”, czyli „rzeki krwi”. Tak, czy inaczej prawdopodobnie odnosi się do bitwy, w której Rzymianie pokonali Persów. Zakho jest niewielkim miastem z populacją na poziomie około 200 tys. Znajduje się tu m.in. most Delal, który nie wiadomo jak zbudowano (bez użycia maszyn). Przed laty była tu też baza „Safe Heaven” utworzona przez brytyjskie i amerykańskie siły celem zapewnienia ochrony lokalnej ludności. Mieszają się tutaj Jezydzi, nieliczni Żydzi, chrześcijańscy Asyryjczycy czy muzułmańscy Kurdowie. Dlatego też Zakho jest zwane Jeruzalem Iraku.

Granica turecko-iracka.

Lokalna piekarenka/cukiernia.


Lokalny sprzedawca, którego imienia nie pamiętam. W wolnym czasie studiował z zapałem biblię.
Religijne elementy w sypialni moich gospodarzy.
Patrząc na ekonomię kraju warto omówić kilka spraw. Po pierwsze - ogromny import z Turcji. Codziennie na przejściu granicznym Ibrahim Khalil nad Khaburem (Tygrysem) pojawia się ponad tysiąc nowych ciężarówek. W sklepach spożywczych praktycznie 90% produktów (po za pieczywem i wodą) stanowią tureckie, libańskie i irańskie wyroby. Rzeczą, na którą warto zwrócić są niesamowicie niskie podatki. Przykładowo o benzynie mówi się, że jest „tania jak woda” (około 1,75 PLN). Do tego rządząca partia obiecuje każdemu cudzoziemcowi, który poślubi obywatela Iraku darmowe dostawy m.in. ryżu, kasz, sera. Minusem są zaś częste przerwy w dostawie prądu trwające po kilka godzin. Całe państwo wygląda praktycznie jak wielki plac budowy. Chodząc po miastach możemy mieć wrażenie, że spacerujemy po planszy z gry SimCity, gdzie na każdym roku powstaje coś nowego. Ulice bardzo często mają kilka pasów (nawet do pięciu!). Ich jakość nie jest też wcale najgorsza. Właściwie kilka odcinków jezdni wyglądało znacznie lepiej niż „polskie szosy”. Na chwilę obecną nie ma jeszcze rozwiniętego transportu publicznego w postaci autobusów. Alternatywę stanowią jednak wszędobylskie taksówki. Generalnie rzecz biorąc mnóstwo inwestycji i szybki rozwój pompowany naftowym bogactwem przyprawia o zawrót głowy. Wszystko za sprawą rządu Barzaniego którego „kochać muszą wszyscy”. Z jednej strony wiele mądrych reform np. próba wprowadzenia angielskich napisów w miejscach publicznych. Z drugiej nie można oprzeć się wrażeniu, że ropa jest sprzedawana zbyt nierozsądnie i za szybko. Tymczasem na ulicach chyba każdy napotkany samochód dysponuje silnikiem z pojemnością co najmniej 2 litry. Nierzadko można i spotkać większe maszyny. Królują azjatyckie marki tj. Kia, Toyota czy Hyundai. Samochody i elektronika są tu zdecydowanie tańsze w porównaniu z sąsiednią Turcją.

Regał z herbatami w sklepie.
Hasło Irak wywołuje wiele, często mylnych skojarzeń tj. strach i przerażenie. Tymczasem północ Iraku mogłaby konkurować o tytuł najbezpieczniejszego miejsca na Ziemi. Wszystko za sprawą ogromnej liczby patroli, które dzień i noc pilnują porządku publicznego. Uzbrojeni żołnierze stoją właściwie przy każdej państwowej instytucji, a policjanci spacerują po ulicach nierzadko w  grupie 3-4. funkcjonariuszy. Przy wjeździe i wyjeździe z miast znajdują się checkpointy, przy których czasami możemy zostać szczegółowo skontrolowani. Często można też spotkać „drogówkę”, która zatrudnia ogromne rzesze obywateli. Wypadki drogowe nie są rzadkością, ale nie jest to zatrważająca liczba. Natomiast zatrważające mogą być normy przechowywania żywności, a właściwie ich brak. Przestałem zajadać się baranimi kebabami, kiedy w nocy zauważyłem rzeźnika rzucającego zakrwawione mięso z ciężarówki na beton. Po za tym, jeśli będziemy się kierować zdrowym rozsądkiem, trzymać wyznaczonych tras, podróżować w grupie bardzo prawdopodobne, iż nasza wyprawa będzie bajeczna. Oczywiście nie trzeba wspominać o pomyśle wyjazdu do Mosulu czy Bagdadu, który zdecydowanie jest śmiertelnie ryzykowny. Niebezpieczeństwo związane z podróżą do Iraku to głównie wjazd od strony Turcji. W okolicach Cizre i Hakkari odbywa się bowiem walka pomiędzy bojówkami PKK, a turecką armią. Erbil jest jednak doskonale połączone lotniczo z resztą świata, zwłaszcza ze Stambułem.


czytaj dalej

niedziela, 10 sierpnia 2014

Przykładowe ceny w Indiach – część 2


Czy Indie naprawdę są tak tanie? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami po przestudiowaniu wykazu przykładowych cen na dole. Zachęcam też do przejrzenia ostatniego postu w tym samym temacie.
Zacznijmy od tego, że walutą w Indiach są rupie indyjskie (symbol INR, Rs lub र). Dla uproszczenia przyjmijmy, że 100 rupii to 5 zł. Kurs ten nieznacznie się zmieniał na przestrzeni ostatnich lat. W ostatnim poście, gdy liczyłem ceny proporcje walut były nieco inne. Stąd małe różnice.

Warto kupować w takich miejscach, nie tylko ze względu na ceny.




Jedzenie:
Coś w rodzaju chleba – 25 र (1,30 zł)
1 kg jabłek  – 130 र (6,66 zł)!
1 kg ryżu – 45 र (2,30 zł)
1 kg pomidorów  – 28 र (1,44 zł)
1kg piersi z kurczaka – 170 र (8,70 zł)
1 kg ziemniaków – 22 र (1,12 zł)
tuzin jajek– 50 र (2,56 zł)
obiad w restauracji:  – 100-900 र (5-46 zł)
kanapka kupiona na dworcu – 12 र (0,62 zł)
english breakfast – 120 र (6,14 zł)

Przy domowym gotowaniu można mieć zajebistą i smaczną dietę w granicach 200 rupii dziennie (10 zł).

Alkohole:
Butelka wina – 475 र (24,30 zł)
Za ten posiłek około 2zł na stacji kolejowej.

Odzież:
Para jeansów Levisa – 2100 र (107,50 zł)
Buty skórzane męskie markowe – 1900 र (97 zł)
Para nike’ów – 3140 र (160,82 zł)
Letnia sukienka – 2000 र (102,43 zł)

Koszty najmu w średniej wielkości mieście:
Kawalerka w centrum – 10500 र (538 zł)
Kawalerka poza centrum – 10500 र (538 zł)
Mieszkanie m3 centrum – 25200 र (1290 zł)
Mieszkanie m3 poza centrum – 15100 र (773 zł)

Transport:
Bilet normalny komunikacji miejskiej – 15 र (0,76 zł)
Bilet miesięczny – 590 र (30,21 zł)
1 litr benzyny – 76 र (3,89 zł)
                   
Pamiątki:
Breloczek z Khajuraho – 20-200 र (1,02-10,24 zł)
Zestaw kart kamasutry – 75र (3,84 zł)

Metr kwadratowy tego materiału kosztował 60 INR (3,07 zł).
Inne:
Karnet miesięczny na siłownię lub fitness – 1200 र (61,46 zł)
Kort tenisowy w dużym mieście 1h – 320 र (16,40 zł)
Bilet do kina – 200 र (10,24 zł)

Dla przypomnienia:
Należy tu się odpowiedni komentarz. Ceny w Indiach zależą często w dużym stopniu od naszej siły targowania się. Całkiem normalną rzeczą na miejscu może okazać się fakt, że butelkę wody kosztującej normalnie 15 र, będą nam chcieli sprzedać za 50 र. Podsumowując: przejazdy są niesamowicie tanie (zwłaszcza pociągi), żywnośc relatywnie tania, natomiast noclegi w zależności od miasta).
Mój dzienny budżet wynosił około 1000 र z uwzględnieniem biletów "pkp", noclegów i żarcia. Zupełnie nie rozumiem internetowego mitu o "wspaniałych noclegach" za 100 र... Myślę, że życie w Indiach należy do tanich jeśli ma się zachodnią pensję.
Czy nie macie wrażenia, że część cen jest podobna do polskich?...

środa, 6 sierpnia 2014

Jabandżi, czyli Polak w mieście kebabów (książka!)

Aloha! Sporo było zamuły na blogu, ale podaję powodu czemu nie miałem czasu na pisanie. Odpowiedź jest prosta, ponieważ pisałem w tym czasie coś innego. Wczoraj wieczorem otrzymałem pozytywną informację, że wszystko jest gotowe. Właśnie spełniłem jedno ze swoich życiowych marzeń i napisałem książkę. Jabandżi powstało na bazie moich zapisków z pseudopamiętnika, który prowadziłem podczas, gdy mieszkałem w Stambule. Ten okres pozostanie na pewno jednym z najprzyjemniejszych, niezwykłych i zaskakujących epizodów w moim życiu. Proces wydawniczy trochę trwał i książka nie "urodziłaby się", gdy nie pomóc wielu osób. W tym wypadku podziękowania należą się w większej mierze panu Dannemu oraz grupie moich znajomych, która mnie nieustannie wspierała podczas pisania. Na chwilę obecną siedzę zagranicą, ale na prawdopodobnie na jesień będzie jakieś spotkanie autorskie

O czym to wszystko? Najlepiej odda to chyba tekst z okładki:

Tak, to wygląda. Jabandżi.
Mateusz Bamski jako podróżujący artysta, mógłby opowiedzieć o setkach swoich przygód i ludziach, których spotkał na swojej drodze, odwiedzając kilkanaście europejskich krajów oraz Indie, Filipiny, Japonię, Irak, Malezję czy Turcję. Jabandżi jest jednak opartą na autentycznych wydarzeniach, sentymentalną opowieścią o rocznym wolontariacie w wielomilionowym Stambule, który zmienił życie i postrzeganie rzeczywistości przez głównego bohatera.

Dzięki tej książce, można zrozumieć, że prawdziwy świat to nie film akcji z nawoływaniem imama do modlitwy w tle. Prawdziwy świat to chwile zadumy w tureckim domu starców, krzyki dzieciaków w szkółce dla irakijskich uchodźców i wszystkie niebezpieczeństwa, które czyhają na nieświadomych turystów i nieostrożne kobiety w multikulturowej metropolii.  Jabandżi jest książką, z której wyrasta maksymalnie autentyczny opis  nie tylko Stambułu, Turków i ich codzienności, ale także naturalnych relacji między pochodzącymi z kilkunastu krajów uczestnikami wolontariatu.

Opisany w książce Stambuł, to miasto balansujące na krawędzi tego co europejskie i tego co azjatyckie, egzotyczne i muzułmańskie. Na własnej skórze odczuwa to też główny bohater, który zakochuje się w pięknej Turczynce…


niedziela, 3 sierpnia 2014

Przykładowe ceny w Indiach

Czy Indie naprawdę są tak tanie? Poniżej zamieszczam zestawienie cen, które mi w głowie zapadły. Zacznijmy od tego, że walutą w Indiach są rupie indyjskie (symbol INR, Rs lub र). Dla uproszczenia przyjmijmy, że 100 rupii to 5 zł. Post ten wkrótce zaktualizuję jak tylko przejrzę nieco skrupulatniej swoje zapiski i stare… paragony.


It's all about money baby. Na zdjęciu wymienione około 190 zł.
Jedzenie:
Woda 0,5 l – 15 र (0,75 zł)
Woda 1 l – 20 र (1,30 zł)
Mirinda 0,5 l – 30 र (1,54 zł)
Cappuccino - 70 र (3,60 zł)
Główka sałaty – 28 र (1,45 zł)
Masala chai –  5-20 र (0,25-1 zł)
Chiapati –  10 र (0,50 zł)
Litr mleka – 40 र (2,05 zł)
Omlet z przyprawami – 30-60 र (1,53-3,06 zł)
Obiad w knajpie – 70-220 र (3,57-11,23 zł)
Samosa w Jodhpurze (1 szt.) – 15 र (0,77 zł)
Banany 1kg – 15-40 र (0,77-2,05 zł)

mała paczka kardamonu, jednej z najdroższych przypraw świata – 27 र (1,38 zł)



To śniadanie kosztowało 150 र (7,66 zł)
Alkohole:
Piwo Kingfisher 650 ml – 75-220 र (3,80-11,25 zł)
Wódka Romanov – 175 र (8,93 zł)
Wódka Magic White  - 190 र (9,70 zł)

Odzież:
Sandały na bazarze w Bombaju - 250-350 र (13-17 zł)
Kolorowa chusta – 75 र (3,83 zł)

Noclegi:
Bombaj: łóżko w 20osobowej sypialni, wspólne prysznice - 315 र (16 zł)
Khajuraho: przytulny, dwuosobowy pokój z łazienką, wifi - 315 र (16 zł)
Agra: najgorszy pokój „hotelowy” jaki kiedykolwiek widziałem -350 र (17,86 zł)

Transport:
Pociąg: Bombaj – Jodhpur ok. 1000 km, klasa sleeper - 466 र (23,78 zł)
Pociąg: Jodhpur – Agra ok. 550 km, klasa sleeper - 366  र (18,68 zł)        
Pociąg: Agra – Khajuraho ok. 400 km, klasa sleeper - 301  र (15,36 zł)
Pociąg: Jhansi - Hyderabad ok. 1100 km, klasa sleeper - 586  र (29,90 zł)
Pociąg: Hyderabad – Ernakulam ok. 1100 km, klasa sleeper - 571  र (29,13 zł)
Taxi start - 30-50 र (1,50-2,50 zł )
Taxi kilometr - 16-20 र (0,80-1,30 zł)
Taxi: z bazaru na dworzec  Jodhpurze z prośbą o mega prędkość bo śpieszyłem się na pociąg - 200  र (9,18 zł)
Taxi: z dzielnicy Andheri na dworzec Mumbai Central - 250  र (12,76 zł)
Taxi: z dworca w Khajuraho do miasta - 100  र (5,10 zł)
Taxi: z dworca Ernakulam do miasta - 100 र (5,10 zł)
Wynajęcie skutera na dzień - 220 र (11,20 zł)

Wejściówki:
Kompleksy świątyń Kamasutry w Khajuraho - 250 र (12,76 zł)
Wstęp do słynnego Tadż Mahal - 750 र (38,27zł)      
                    
Kosmetyki:
Mydło – 20-100 र (1,30-6,5 zł)
Paczka chusteczek - 10 र (0,65 zł)


Samosa - pyszne, pikantne "ciastko" za około 20 र (1,02 zł)



Inne:
Kafejka internetowa 1h – 20 र (1,30 zł)
Paczka papierosów Marlboro – 120 र (6,30 zł)
Hinduskie, liściaste papierosy „bidi” – 20 र (1,02 zł)
Paczka kadzidełek – 20 र (1,30 zł)
Paczka „ekskluzywnych” kadzidełek – 120 र (6,30 zł)

Wstęp do tego kompleksu świątyń, to wydatek z rzędu około 12 zł.


Należy tu się odpowiedni komentarz. Ceny w Indiach zależą często w dużym stopniu od naszej siły targowania się. Całkiem normalną rzeczą na miejscu może okazać się fakt, że butelkę wody kosztującej normalnie 15 र, będą nam chcieli sprzedać za 50 र. Podsumowując: przejazdy są niesamowicie tanie (zwłaszcza pociągi), żywnośc relatywnie tania, natomiast noclegi w zależności od miasta).

Mój dzienny budżet wynosił około 1000 र z uwzględnieniem biletów "pkp", noclegów i żarcia. Zupełnie nie rozumiem internetowego mitu o "wspaniałych noclegach" za 100 र...

czwartek, 5 czerwca 2014

Przygody Tomka: część 8



Oto ósma i niestety już ostatnia część relacji Tomka z przygód w Ameryce:

27.04.2014
San Pedro La Laguna

Mieliśmy dziś przenieść się do Santiago Atitlan, ale pani Lydia z miejscowego targu przekonała nas byśmy zostali. Sympatyczna kobiecina, posługująca się tak prostym hiszpańskim, że nawet ja jestem ją w stanie zrozumieć, od dwóch dni serwuje nam szejki tak pyszne, że zrezygnowaliśmy dla nich z przeprowadzki do kolejnej nadjeziornej miejscowości. Po prostu, przez żołądek do serca.

28.04.2014
San Pedro La Laguna - Antigua

Pięć godzin jazdy po górach, coś wspaniałego. Normalnie podróż z San Pedro do Antiguy zajmuje niemal o połowę mniej czasu, ale dziś akurat na drodze łączącej miejscowości musiała się odbywać jakaś demonstracja. I to niemal w połowie trasy, co oznaczało dla nas godzinny powrót prawie na sam początek i kolejne sześćdziesiąt minut tłuczenia się objazdami. Ale za to, jakie mieliśmy widoki! Jaskinie, przepaście, serpentyny i ludzie rzygający od tych zakrętów...

Sama Antigua nie zrobiła na nas piorunującego wrażenia. Najbardziej turystyczną miejscowość w całej Gwatemali można by podsumować jako jeden zielony skwer, otoczony siatką identycznie wyglądających ulic, tylko gdzieniegdzie upstrzonych starymi kościółkami. Z jakiegoś powodu taki krajobraz przeszło dwukrotnie podbił ceny lokalnych hoteli, przez co znalezienie w miarę taniego noclegu okazało się zadaniem niemal na cały dzień.

29.04.2014
Antigua

Taki ładny hotel. Taki, kurwa, ładny. Prześcieradła bielsze od tych w domu, na ziemi ani jednego okruszka, w łazience lśni, jakby nikt jej nigdy nie używał, do tego po raz pierwszy korzystanie z ciepłej wody nie grozi porażeniem prądem. Żarówka tylko czasem podejrzanie zamruga, ale tak po prostu pokój marzenie.

I tyle pluskw, że ja pierdolę.

- Robale, kurwa mać! - o drugiej w nocy obudził mnie Dawid kląc pod nosem. Znowu go pokąsało, choć tym razem poczuł, że coś jest nie tak, nim całkiem pokrył się bąblami. - Przywieźliśmy ze sobą plagę. Musiały wyjść z plecaków, bo tu jest za czysto.

Czysto, faktycznie, było. Do czasu aż polując na insekty nie zostawiliśmy na ścianach kilkunastu paskudnie wyglądających plam. Sam w pobliżu swojego łóżka utłukłem pięć czy sześć robali, co zaniepokoiło mnie na tyle, że czuwałem do samego świtu, nim znowu na moment zmrużyłem oczy. Choć chyba faktycznie jestem pluskwoodporny, bo i tym razem nic mnie nie użarło. W przeciwieństwie do Dawida nie chce mi się jednak wierzyć, że insekty przywędrowały tu razem z nami, zwłaszcza w takiej ilości. Dały by chyba o sobie znać już wcześniej.

- Może zgłodniały? Dziś położyłem plecak za blisko poduszki. Wyczuły mnie i wylazły! - stwierdził mój pogryziony kompan. Co ciekawe, nie miał jednak problemów, by wrócić w nocy do łóżka, jak gdyby nic się nie stało. Słowo daję, oddałbym majątek za tak spokojny sen.

Rano poinformowaliśmy o pluskwach obsługę hotelu. Pokazaliśmy plamy krwi na ścianach, Dawid zaprezentował nawet swoje pogryzione plecy i poprosiliśmy o nowy pokój. Obsługa spełniła naszą prośbę, przenosząc nas do innego dormitorium, dzielonego wprawdzie z dwiema innymi osobami i nieco mniej eleganckiego, ale może chociaż wolnego od insektów. Zapewniano nas przy tym, że to pierwszy taki przypadek, a pokoje są regularnie dezynfekowane, ale w sumie, co innego mieli by nam powiedzieć? Że czasem coś kogoś tutaj pokąsa? Tak czy inaczej, oddaliśmy nasze ubrania do pralni, a plecaki odstawiliśmy w daleki kąt, tak na wszelki wypadek.

30.04.2014
Antigua - Guatemala City

Na Wzgórzu Krzyża łotrów nie spotkaliśmy, choć pagórek, z którego zobaczyć można panoramę miasta z wulkanem w tle, cieszy się raczej złą sławą. Turystom odradza się samotnych eskapad na to położone o pół godziny drogi od centrum wzgórze, ze względu na liczne kradzieże, do jakich ponoć dochodzi na tej trasie. Biura podróży rekomendują nawet wynajęcie przewodnika, gotowego stanąć w naszej obronie, w poradnikach turystycznych można natomiast znaleźć informację, że dwukrotnie w ciągu dnia odbywają się zbiorcze pielgrzymki na szczyt pod obstawą policji. My naturalnie wybraliśmy się tam samemu. I dobrze, bo droga na górę i tak jest strzeżona przez mundurowych, a wynajęcie przewodnika po to, by wskazał nam jedyny szlak do wyboru, trochę mijałoby się z celem.

1.05.2014
Guatemala City - Panama City - Madryt

Najbliższe dwa dni spędzę w powietrzu, więc zamiast marudzić na koniec, jak mi się nudzi, napiszę przewrotnie, jak to się wszystko zaczęło. Jakby kogoś interesowała jednak ta część o pakowaniu i innych głupotach.

- Chcemy lecieć do Panamy? - zadzwonił do mnie Dawid, akurat gdy byłem w pracy i robiłem coś totalnie nieprzydatnego dla świata. - Możemy mieć powrót z Gwatemali, tylko trzeba będzie się przedrzeć jakoś przez tą całą dzicz. I wytrzymać tam trzy tygodnie, albo i cały miesiąc. Ale w sumie i tak zginiemy, bo syf, strzelają i malaria.

Nie był to opis, jak z folderu biura podróży. Ale nie był to dla mnie też dobry dzień. Prawdę mówiąc, nie był to nawet dobry miesiąc. Perspektywa zostania zjedzonym, zadźganym czy zarażonym nie wydawała mi się wcale taka straszna. Zastanawiałem się może z pięć minut.

- Cholera, co mi tam. Może być i miesiąc, bierz co się da - poinstruowałem kumpla, a po kilkunastu minutach otrzymałem potwierdzenie. A więc lecimy. Czeka nas trzecia, a może już czwarta "podróż życia", w trakcie której znowu przebędziemy pół świata, zaliczymy kolejny kontynent i przede wszystkim, odpoczniemy od szarej codzienności. Słodko.

Refleksja nad tym, w co się wpakowaliśmy, przyszła z opóźnieniem. Środkowa Ameryka to wciąż jeden z najniebezpieczniejszych regionów na świecie, nie będę ukrywać, że przed wylotem pojawił się więc stresik. Ale możliwość utraty zdrowia czy - nie daj Boże - dobytku, to trochę za mało, by odwieść nas od raz podjętej decyzji. Hej, przecież ludzie latają tam przez cały czas i nic im się nie dzieje. Mają wprawdzie wielokrotnie wyższy budżet, szczepienia, ubezpieczenia, znają hiszpański i tak dalej, ale nic im się nie dzieje. No, może czasem kogoś napadną, ale w końcu po łbie dostać można nie oddalając się specjalnie od domu. Zresztą, obiecałem już znajomym pocztówki.

Mniej więcej z takim nastawieniem spakowaliśmy plecaki, w których znalazło się absolutne minimum. Dwie pary spodenek, trzy koszulki, śpiwór, ręcznik, coś przeciwdeszczowego i klapki. Trochę kosmetyków, żeby nie śmierdzieć, ale nie za dużo, w końcu jedziemy tylko na miesiąc. Do tego zestaw opatrunków, aparat w rękę i gotowe. Przygodo, nadciągam!

2.05.2014
Madryt - Berlin

Nasza podróż zmierza ku końcowi. Chyba jednak za długo przebywam nad ziemią, bo zaczynam mieć halucynacje. Przez chwilę miałem wrażenie, że mam sześć palców, a słuchawki zwisające z samolotowego fotela wziąłem za wielkiego pająka dyndającego się na pajęczynie. Z nudów zacząłem też czytać własną relację, jak gdybym widział ją pierwszy raz na oczy. Nawet w trakcie lektury zrodziło mi się w głowie niepokojące pytanie. Gdzie były orły, gdy umieraliśmy na tym przeklętym wulkanie? No, gdzie?

3.05.2014
Berlin - Poznań - Bydgoszcz

Udało się! Po milionie godzin spędzonych w rozmaitych środkach transportu, dotarliśmy w końcu do domu. I paradoksalnie, teraz dopiero zacząłem się martwić, co ze mną będzie. Mierzyć się z nieludzkim upałem, obcym językiem, dziką zwierzyną i własnymi słabościami to jedno, ale powrót do szarej codzienności, to wzywanie, które wymaga zupełnie innego rodzaju odwagi. Wygląda na to, że bardziej niż oprychów i krokodyli, boję się dorosnąć. Ale z tym też sobie pewnie kiedyś poradzę. W końcu mam więcej szczęścia niż rozumu.