niedziela, 23 sierpnia 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 5 - Sahara





Odcinek piąty z serii o moich przygodach w drodze z Bydgoszczy do Gambii w Afryce. Autostop, blablacar, taxi, bus, samolot, pieszo, autokar... W tym odcinku musiałem przedostać się przez spaloną słońcem Saharę. Pokonałem ją w... wygodnym autobusie. Zobaczcie jak wygląda miasto ulokowane w miejscu, gdzie Sahara spotyka się z Oceanem Atlantyckim.

Muzyka:
Morrocan traditional music
Dubai Dream
BoxCat Games - Mission



środa, 19 sierpnia 2015

Niby spoko, czyli jak mnie oszukali w Maroko - część 2


Ahmet namówił mnie bym zamówił taksówkę i zostawił bagaże u jego znajomego Amina. Tam bowiem, a nie u niego będę zatem spać. Nie miałem nic przeciwko zmianom, tylko szkoda, że dowiedziałem się na ostatnią chwilę. Amin, który miał mnie gościć zamiast Ahmeta (bo ten miał już innych gości w domu) pojawił się w międzyczasie w knajpce. Miły chłopaczek, przypominający bardziej Włocha niż Araba. Choć jak niemal co drugi Marokaniec chodził w podrabianej skórze. Pojechaliśmy zatem taksówką za którą zapłaciłem do jego mieszkania. Kierowca nie zdążył wyłączyć silnika, a Amin już kazał mu wracać z powrotem do knajpy Ahmeta. Jaki był sens jechać do mieszkania i rzucić bagaże i po pół minucie się ulotnić? Zrozumiałem, gdy zapłaciłem za kurs powrotny do knajpy Ahmeta, a taryfiarz okazał się znajomym ich wszystkich. No przecież on też musiał na turystach zarobić.

Gdy wrociłem, okazało się, że pojawiło się kilku nowych gości: Francuz z dziewczyną. Szybko wyszło na jaw, że tak naprawdę są z Ukrainy (on) i z Rosji (ona). Pogadaliśmy nieco, stolik się ożywił, a ja zapomniałem o zmęczeniu, gdyż dyskusja okazała się ciekawa.

Gdy na zegarze było już lekko po północy, przyszło nam do zebrania się. Polubiłem tę parkę z Francji, więc wziąłem od nich marokański numer telefonu. Wszyscy podeszliśmy do elegancko ubranego kelnera. Gdy z portfelem w ręku zapytałem go ile trzeba zapłacić on zaczął liczyć na kalkulatorze, podrapał się po głowie, a potem pokazał mi wyświetlacz, który mówił:
230.

  • 230 dirhamów? - oburzyłem się.
  • Tak, panie 230. - odpowiedział spokojnie kelner.
Oburzyłem się jeszcze bardziej, ale Ukrainiec zaczął mnie odciągać i zapewniać, że shisha w Maroko jest droga, bo nielegalna i przez to płaci się sporo. Dodał, że on już tu bywał przez ostatnie wieczory i zawsze płacił co najmniej tyle albo i dwa razy więcej. Zasępiłem się i uregulowałem rachunek dodając przy tym w stronę kelnera, że nawet w Stambule tyle bym nie zapłacił. Po przepłaceniu za shishę moja sympatia do Ahmeta nieco zmalała, ale może mój nowy znajomy zza Buga miał rację i faktycznie palenie fajki wodnej w Maroko to droga rozrywka.

Tyle z wieczoru. Wsiedliśmy do taksówek i pojechaliśmy.

Dzień 2

Mieszkanie Amina było obskurne i mówię to jako osoba, która różne meliny w życiu widziała. Właściwie to bardziej obskurny nie był nawet najgroszy hotelowy pokój w jakim byłem w Agrze w Indiach. Na podłodze walały się śmieci i resztki jedzenia. Większość część zabierały niezdarnie ułożone materace ze starymi kocami. Pokój miał może cztery na cztery metry, ale spało tu jakieś 5 osób. Nie narzekałem na warunki, bo zawsze bierze się co los da. Wyglądało na to, że Amin i jego koledzy po prostu żyją w takich warunkach. Dopiero teraz gdy do pokoju wpadło nieco światła z korytarza (okna bowiem nie było), wszystko to wyszło na jaw.

Czytaj co działo się dalej...

środa, 12 sierpnia 2015

Niby spoko, czyli jak mnie oszukali w Maroko - część 1

Choć odwiedziłem kilkadziesiąt krajów na kilku kontynentach, to właściwie niezmiernie rzadko daję się nabrać na jakieś turystyczne pułapki. Właściwie jako cwaniak z miasta Bydgoszcz nie przypominam sobie, by miało to miejsce nawet w Indiach. Miałem jednak pecha w Maroko. Opisuję sytuację raz jeszcze, choć znajomi słyszeli tę historię co najmniej kilka razy. Ja sam wszystkich szczegółów już do końca nie pamiętam, ale było mniej więcej tak:

Dzień 1

Siedziałem w autokarze jadącym z Chefchaouenu. Co do Fezu oczekiwań większych nie miałem i jedynie gdzieś ta nazwa obiła się wcześniej parę razy o uszy. Ot, jedno z marokańskich, pełne zabytków miasto, na mojej drodze ku Saharze. Nocleg miałem nagrany przez couchsurfing przez co czułem się od razu raźniej, gdy wysiadłem na zatłoczonym dworcu autobusowym. Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to wzmożona liczba patrolujących policjantów, co przywodziło na myśl Warszawę Centralną. Zadzwoniłem do Ahmeta – swojego hosta. Bardzo słabo rozumiałem go przez słuchawkę, więc dla pewności napisałem sms-a czy mnie dobrze zrozumiał. Ahmet nie odpisał, więc wydzwoniłem go jeszcze raz i ponownie oznajmiłem, że jestem już w Fezie zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w mailach. Mój host powiedział, że jest teraz jeszcze w pracy, ale mogę wpaść tam i na niego zaczekać.

Ahmet - mistrz ceremonii


Niewiele myśląc zjadłem tani (ale smaczny) obiadek na dworcu i zanim pikantna zupa harira zdążyła mi zlecieć do żołądka byłem już w czerwonym fiacie uno, który robił za taksówkę. Auto miało czasy świetności za sobą i taryfiarz zresztą też, ale oboje robili co mogli bym trafił do kafejki Ahmeta. W końcu po brawurowym pokonaniu labiryntu uliczek i paru minutach wiszenia na moim telefonie, dotarłem do celu. Taksówkarz był spoko, bo dużo nie narzekał, tylko zabrał umówioną wcześniej kwotę.

Kafejka mieściła się w tzw. Nowym Fezie i miała pozaklejane frontowe szyby wielkimi reklamami w niebieskim odcieniu. Na środku widniał wielki napis Cafe Shisha i dalej jakieś ich bazgrołki po arabsku. Wszedłem do środka. Wewnątrz było tyle dymu, że widoczność była niezmiernie słaba. Wlazłem z tym wielkim plecakiem i zauważyłem na środku stół bilardowy, obok schody, mnóstwo kanap a nich garstka facetów ze wzrokiem w kartach. Kiedy wszedłem nawet nie za specjalnie się zdziwili widokiem turysty. Być może Ahmet wielkrotnie umawiał się tu ze swoimi gośćmi z zagranicy i klientela shishowni zdążyła się już z tym oswoić.

Kelner powiedział mi, że Ahmeta nie ma i będzie za jakiś czas. Trochę się wkurzyłem, bo przecież mówił, że nie może wyjść z pracy i muszę do niego podjechać. Usiadłem na jednej z wygodnych kanap i rzuciłem bagaże obok. Wyciągnąłem komórkę i zacząłem skrobać sms-a do mojego nieobecnego hosta. Nie odpisał. Siedziałem tak z dobre parę minut, więc zamówiłem w końcu herbatę miętową, czyli słynne berber whisky. Wtedy chłopak, który wcześniej powiedział, że Ahmeta nie ma podszedł do stolika i krzyknął:

- To ja jestem Ahmet! Nie musisz już czekać.
- Poważnie? - zdziwiłem się.

Niebieska brama w Fezie jaka jest każdy widzi.

Tak ucieszyłem się, że nie muszę już czekać, iż nie miałem nawet żalu do Ahmeta za głupi żart. Podczas, gdy inni śmiali się za jego plecami, on wypytywał mnie jak minęła podróż. Opowiedziałem po krótce, a on gdy omawiałem moment z taksówką zapytał się ile zapłaciłem. Gdy zdradziłem mu stawkę za przejazd, pochwalił mnie, że dobry negocjator ze mnie i płacę jak lokals, a nie turysta.

Dalej upłynęło kilka godzin w towarzystwie jego oraz kumpla Amina, który pracował jako malarz. Obydwaj sporo wiedzieli na temat Europy i o Polsce również. Rozmowa się kleiła i atmosfera stała się bardzo przyjemna przy wspólnie wypalanej sziszy. Siedziałem tak w błogostanie pośród gęstej chmury dymu na wygodnej kanapie już kilka godzin. W międzyczasie jedynie wyszedłem na chwilkę coś zjeść. Ahmet odezwał się, gdy na zegarku była już może dziesiąta, a na zewnątrz panowała ciemna jak smoła noc:

- Może chcesz odwieść swoje bagaże?
- Ale czemu? Myślałem, że niedługo kończysz...
- No właśnie będę musiał trochę posiedzieć. Tak mówi mój szef...

No dobrze. Jako gość powinienem być przecież wyrozumiały. Powiedziałem Ahmetowi, że idę coś znowu zjeść i wrócę po dłuższym spacerze. Z braku tlenu zaczęło mi się już lekko kręcić w głowie. Poszedłem zatem najpierw do miejsca, gdzie najpierw brałem omlecik. Ot, łatwo trafić, bo w prawo, w lewo, a potem parę minut prosto główną ulicą.

środa, 5 sierpnia 2015

Misja Tułacz 2 #08 - Hostel Aline


Pytałem ludzi raz na jakiś czas gdzie ten hostelik Aline, a oni dalej mi pokazywali, że w górę i w górę. W końcu dotarłem do czegoś na kształt jakby stadionu, a w rzeczywistości był to cudownie położony spory park. Tu już było pełno rodzin i uśmiechów. Nie wiedziałem gdzie jestem, ale wiedziałem, że dotarłem „gdzieś”. Hostelu jednak jak nie było, tak nie było. Zakiwałem na taksówkę i pan taryfiarz bez zbędnych cergieli powiedział, że mnie zabierze. Ceny nie pamiętam, ale musiała być niska bo zgodziłem się praktycznie od razu. Pan z wąsem zawiózł mnie pod wskazany adres wyrzucając po drodze jedną babulkę w chuście na głowie. Gdy wysiadłem pod hostelem on pojechał dalej. Nie wiem czy się zapomniał, czy też chciał mi zabrać bagaż. Pewne jest, że jakaś parka zatrzymała go za rogiem jak tylko uslyszeli jak drę japę na całą ulicę. Z uczuciem ulgi wyciągnąłem duży plecak z bagażnika jego mercedesa i udałem się po niebieskich schódkach do hostelu, gdzie wśród kłębów marichuanowego dymu na recepcji przywitał mnie uśmiechnięty Amin.

Taras u góry służący jako jadalnia.


Szybko zaklimatyzowałem się w hosteliku, który świecił pustkami, bo był przecież styczeń. Dlatego też każdy z podróżnych był w osobnej sypialni i tak ja zlądowałem w takiej z sześcioma łóżkami. Byłem już głodny, bo skubałem tylko ostatki kabanosów z Polski i przyszła pora na jaką kolacyjkę. Poszedłem zatem szukać marokańskiego żarełka. Nawet największy ksenofob, który nie będzie doceniać piękna arabskich kobiet, melodii ichniejszych pieśni, wygody tutejszych kurortów i kunsztu rękodzieła powie, że kuchnia marokańska jest nie tylko ok, ale i smaczna. W Polsce nawet skinheadzi jedzą u Turka czy Araba. Tak i ja znalazłem małą knajpę, gdzie zjadłem zupę – chyba z soczewicy (?) oraz tadżina. Z resztą ponownie tego dnia.
Chefchaouen był miasteczkiem cudownym i niepowtarzalnym. Cudowne było to, że można się było czuć bezpiecznie, mimo ciągłego nagabywania aby kupić haszysz, właściwie na każdym rogu. Niepowtarzalna było zaś to, że w okolicach medyny wszystkie niemal ściany pomalowane były na niebiesko przez co praktycznie zacierał się horyzont i budynki zlewały się z niebem.
***
Wiele tam takich uliczek. Tutaj, drzwi wejściowe do mojego hosteliku.


Wieczorem namierzyłem fajną herbaciarnię, gdzie siedzieli sami faceci. Nieco osłupili się widząc obcego, czyli mnie w ich lokalnej knajpce. Jednak po chwili zdumienia wrócili do śledzenia swojej futbolowej gry. Różnica tego lokalu w stosunku do europejskiego była taka, że na żadnym stoliku nie widniało piwo. Co więcej brakowało też jakiejkolwiek kobiety, co na dłuższą chwilę wydawało się nienaturalne. Siedzący obok mnie mężczyzna o inteligentnym spojrzeniu zaczął ze mną gadać, a ja pochwaliłem jego angielski. Facet był kumaty i poprosiłem go, by wyjaśnił mi nieco o historii Maroka, jako że nie poczytałem za wiele i nie odrobiłem, jak to się mówi, zadania domowego. On jak się okazało, był nauczycielem języka angielskiego, ale nie tylko to potrafił dobrze. Sporo wiedział o świecie, jak na gościa, które całe życie spędził w dwóch miejscach: Meknes i Chefchaouenie. Zapytał się mnie standardowo jak zarabiam na podróże, po co jeżdzę, czy nie boję się tak samotnie...
  • Dokąd jedziesz po Maroku?
  • Do Layounne i potem przez Saharę w dół do Mauretanii.
  • Do Mauretanii?! Musisz uważać... oni cię tam zabiją.
  • A czemu?
  • Tam ludzie źli i nie lubią białych.
    Zaśmiałem się i powiedziałem, że złego diabli nie biorą.

wtorek, 4 sierpnia 2015

[ Misja Tułacz 2 ] odc. 4 - Rabat i Marakesz





Odcinek czwarty z serii o moich przygodach w drodze z Bydgoszczy do Gambii w Afryce. Autostop, blablacar, taxi, bus, samolot, pieszo, autokar... W tym odcinku zabawiłem w Rabacie i w Marakeszu, gdzie poznałem innych podróżników.

Muzyka:
BoxCat Games - Passing Time
Ebsa - Hustla Legit